skip to Main Content
Autostop W Chinach. Opowieści I Rady Praktyczne

Autostop w Chinach. Opowieści i rady praktyczne

print

Nigdy nie myśleliśmy, że autostop w Chinach będzie tak łatwy. Okazało się jednak, że wystarczy trochę się przygotować, żeby przejechać za jeden uśmiech spory kawał gigantycznego kraju. Na końcu tekstu zamieszczam kilka trików i rad – bardzo nam pomogły.

Nasza przygoda z autostopem w Chinach zaczyna się w Hohhot, stolicy gigantycznej Mongolii Wewnętrznej, dokąd dojeżdżamy pociągiem z Erenhot/Erlian na granicy chińsko-mongolskiej. W samym Hohhot zostajemy dłużej niż planowaliśmy, ale kto by nie został mając perspektywę wzięcia udziału w ceremonii parzenia i picia herbaty a także degustacji wina? 😀 O Hohhot i chińsko-mongolskiej kuchni pisałam tutaj, a o winie i herbacie tutaj (klik). 

Dzień 1 Hohhot – Yinchuan

Do przejechania mamy ponad 600 km, więc całkiem sporo jak na chiński autostopowy chrzest bojowy. Miejskim autobusem dojeżdżamy w pobliże bramek i rozpoczynamy marsz w kierunku autostrady machając naszym profesjonalnym kartonem na każdy przejeżdżający pojazd. Drałujemy ponad 2 kilometry aż w końcu prawie pod samymi bramkami zatrzymuje się pierwszy samochód. Nowiutki seat leon podwozi nas bagatela 200 km. Panowie są sprzedawcami samochodów i jadą z nami 50 km dalej niż ich miejsce docelowe. Trochę nam głupio, że tak nadłożyli drogi.

Autostop w Chinach

Autostop w Chinach i podwózka numer jeden.

Stajemy w strategicznym miejscu i z nikłą nadzieją spoglądamy na pusty horyzont. Przejeżdża jeden samochód co pięć minut. Marnie wygląda perspektywa dojechania Yinchuanu. Na razie się jednak nie poddajemy i słusznie, bo już po 20 minutach siedzimy wygodnie z młodym małżeństwem, które właśnie zaczęło swoje wakacje. Sprawnie dowożą nas do celu, czyli Yinchuanu, stolicy mało znanej obcokrajowcom prowincji Ningxia.

Przemysłowa Ningxia i nieturystyczny Yinchuan

Rzeczywiście przejazd przez Ningxię nie nastraja pozytywnie – fabryki po horyzont, a niebo spowija ogromna chmura zanieczyszczeń. Spoglądamy po sobie z niesmakiem dziwiąc się po chwili naszej hipokryzji. Skądś się musi brać niesamowite tempo chińskiego postępu. Tysiące kilometrów autostrad, gęsta sieć kolejowa, gigantyczne miasta i zapotrzebowanie energetyczne, które trudno sobie wyobrazić. Choć mało to romantyczne i urocze, fabryki i okręgi przemysłowe są takim samym elementem chińskiego krajobrazu jak pola ryżowe. Tak po prostu musi być…

Yinchuan to przyjemne i zielone miasto i trochę żałujemy, że możemy spędzić tutaj zaledwie jeden dzień. Nasza gospodyni z Couchsurfingu mieszka z rodzicami i do dyspozycji zostawia nam swoje mieszkanie, które stoi puste. Trochę daleko od centrum, ale w cichej i przyjemnej okolicy, która wieczorami zamienia się w jedną wielką restaurację na świeżym powietrzu. Kwintesencja Chin. Znowu jesteśmy największą atrakcją. Niewielu turystów trafia do Yinchuanu, pozujemy zatem do zdjęć, rozdzielamy uśmiechy i coraz bardziej uodparniamy się na gapienie.

Złoty tydzień

Na szlak ruszamy w sobotę, która jest akurat pierwszym dniem chińskich świąt, zwanych Złotym Tygodniem. Te kilka dni wolnego to świętowanie słynnego wystąpienia Mao Zedonga i proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Jak tłumaczy nam nasza gospodyni, dając tyle wolnego obywatelom, chiński rząd składa im podziękowania za ciężką pracę. Co robią Chińczycy, którzy mają prawie tydzień wolnego? Masowo zwiedzają swój kraj. Mówiąc masowo, mam na myśli masowo. Tysiące, ba miliony Chińczyków zjeżdżają do największych atrakcji. Podobno lepiej nie pchać się wtedy do Pekinu, Szanghaju czy Xi’an. Jak pokaże nam doświadczenie, trudno w złotym tygodniu o niezatłoczone miejsca. Nie zapominajmy, że Chińczyków jest dużo. Bardzo dużo. 

Dzień 2 Yinchuan – Lanzhou

Uciekając przed złotym tygodniem kierujemy się do Lanzhou w prowincji Gansu. Oczywiście nie bez przygód. Nasi gospodarze z Yinchuanu dowożą nas na bramki i cierpliwie próbujemy złapać pierwszy samochód. Chociaż aut są setki, żadne się nie zatrzymuje. Po krótkiej sesji fotograficznej z policjantami dowiadujemy się, że stoimy przy złych bramkach. Policjanci niewiele myśląc pakują nas do swojego samochodu i dowożą w zupełnie inne miejsce, upierając się, że złapią nam autobus – za darmo. Niestety, jak wspomniałam, jest początek złotego tygodnia, co oznacza, że wszystkie autobusy są pełne. Po godzinie udaje nam się przekonać policjantów, że nie złapiemy autobusu i powinniśmy zacząć łapać samochody, których są tysiące. Ostatecznie zostajemy znowu zapakowani do radiowozu i wywiezieni na pobliski MOP. Czujemy, że czeka nas długi dzień i możemy mieć spory problem, żeby dojechać do oddalonego o 400 km Lanzhou, gdzie czeka nasza gospodyni z Couchsurfing.

Autostop w Chinach

Policjanci, którzy bardzo chcieli nam pomóc, a tak naprawdę mocno pokrzyżowali szyki…

Minuty lecą, pot się leje po plecach. Jesteśmy opyleni, głodni i zmęczeni. Po blisko godzinie intensywnego polowania na samochód, udaje nam się złapać podwózkę, niestety tylko 100 km. Złapanie kolejnego zajmuje nam kolejną dobrą godzinę, ale nasz kierowca jedzie do Lanzhou. Jesteśmy uratowani! Albo przynajmniej tak nam się wydaje! Bo nasz kierowca ma duże problemy ze zmianą biegów, hamowanie wychodzi mu kiepsko, a samochód gaśnie mu raz za razem, co jest nie lada wyczynem, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jedziemy autostradą. Co gorsze, po chwili zaczynam mieć wątpliwości ile chińskiej krwi płynie w żyłach naszego kierowcy. Dlaczego? Ponieważ ma problemy z nawigacją w telefonie. Kto jak kto, ale Chińczyk nie umiejący obsługiwać baidu maps (to chiński odpowiednik google), to (prawie) niemożliwe. Cudem dojeżdżamy i na lekko trzęsących się nogach i z ogromną ulgą pomieszaną z wdzięcznością opuszczamy rajdowy samochód naszego zagubionego kierowcy.

Autostop w Chinach

Rajdowy samochód i bardzo nierajdowy kierowca.

Lanzhou

Lanzhou będzie nam się kojarzyć z naszą couchsurfingową gospodynią. Ta trzydziestoletnia nauczycielka jest żywym dowodem na to, że nie należy wierzyć w stereotypy. Podróżniczka pełną gębą, niezwykle otwarta i roześmiana, jest doskonałym przewodnikiem po Lanzhou, które nawiasem mówiąc, robi na nas bardzo przyjemne wrażenie. Ciągnące się przez wiele kilometrów wzdłuż Żółtej Rzeki, zaprasza do spacerów. Problem polega na tym, że jesteśmy w środku złotego tygodnia i atrakcje oblężone są przez hordy chińskich turystów. Na naszej gospodyni nie robią one wrażenia – jej definicja tłumów drastycznie różni się od naszej. Cóż, Chińczyków po prostu jest dużo…

Jak zwykle największą przyjemność odnajdujemy w spacerowaniu po parkach i obserwowaniu chińskich turystów i tubylców. Mamy szczęście. Jest niedziela i w nadrzecznym parku wiele się dzieje. Chińska opera przyciąga rzesze, choć dominują osoby starsze. W sumie jednocześnie odbywają się aż trzy przedstawienia operowe. Nie jest to preferowany przez nas rodzaj muzyki. Brzmi bardziej jak bolesne dla uszu rzępolenie, potęgowane przez fatalne nagłośnienie i nachodzące na siebie głosy, ale… jest to super ciekawe doświadczenie. Zaraz obok gra muzyka, a tancerze wywijają piruety. W kolejnej alejce do koncertu przygotowują się muzycy, a kawałek dalej ustawiono stoły przy których odbywają się partie chińskich szachów i mandżonga. Najlepiej (jak zwykle) bawimy się obserwując tancerzy. Po walcu przyszła pora na tango, ale każdy tutaj tańczy tak jak potrafi i chce. Pełna dowolność. Obok profesjonalnych tancerzy, wirują śmiejące się staruszki i młode pary, stawiające pierwsze kroki na parkiecie. Każdy w swoim rytmie. Szalenie podoba mi się ten luz i swoboda. Nie ma tutaj miejsca na ocenianie czy śmianie się. Celem jest dobra zabawa i czuję, że powinniśmy się uczyć od Chińczyków tego nieskrępowania i nie przejmować się tym „co pomyślą inni”.

Chiny

Stoliki do gry poustawiane są wszędzie.

Chiny

Muzyk aż się prosił, żeby mu zrobić zdjęcie!

Chiny

Chińska opera w wykonaniu męskim…

Chiny

i damskim.

Nasza autostopowa przygoda w Chinach nie skończyła się w Lanzhou. Podwozili nas różni kierowcy w różnych samochodach – załadowane dostawczaki, obładowane do granic możliwości ciężarówki, TIR, jadący do Lhasy, a którego kierowcy chcieli nas przemycić do tybetańskiej stolicy, luksusowe samochody osobowe, a nawet tybetański mnich, który choć początkowo żądał zapłaty, ostatecznie podwiózł nas blisko 200 km za darmo. Jeszcze o tym napiszę 😉 Grunt, że autostop w Chinach funkcjonuje.

Autostop w Chinach praktycznie

  1. W Chinach warto zaopatrzyć się w karton i poza nazwą miejscowości, warto dopisać „da bian che”, co oznacza tyle co autostop czy jazda za darmo. Nasz karton był wielokrotnego użytku. Victor namalował piękne chińskie znaczki na górze, a pod spodem doklejaliśmy kartkę z nazwą miejscowości. Czasami warto poprosić Chińczyków o napisanie nazwy miejscowości (niektóre są tak skomplikowane, że ciężko poradzić sobie samemu). Zawsze wynotowywaliśmy również większe miejscowości znajdujące się po drodze.
  2. Kluczowe jest znalezienie odpowiedniego miejsca – w przypadku autostrad najlepiej sprawdzały się bramki. Często są one zaznaczone na mapach google i maps.me. Bardzo pomaga też weryfikacja na chińskiej aplikacji baidu maps. Najczęściej można w ich pobliże dojechać miejskimi autobusami albo minibusami. W przypadku mniejszych miejscowości zawsze staraliśmy się wyjść na rogatki.
  3. Wschodnie Chiny są dużo trudniejsze do autostopowania, przede wszystkim ze względu na obłędną sieć autostrad i ogromne obwodnice opasające miasta. Niełatwo znaleźć odpowiednią bramkę. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i opracować jakiś scenariusz zastępczy.
  4. Wbrew temu co może się wydawać, policjanci zawsze byli pomocni. Kilkakrotnie podwozili nas na właściwe bramki lub rozwidlenia autostrad.
  5. Największa odległość jaką udało nam się pokonać to 660 km. W przypadku górzystego Syczuanu, nasza średnia dzienna odległość nie przekraczała 200 km.
  6. Naszym najważniejszym gadżetem poza kartonem, o którym piszę w punkcie 1) była tzw. kartka pierwszej pomocy, czyli list do kierowcy, w którym opowiadamy trochę o sobie i dziękujemy za potencjalną podwózkę + kilka użytecznych zwrotów po chińsku. Bardzo przydatną listę zwrotów znaleźliśmy na hiszpańskojęzycznej stronie, wybraliśmy najważniejsze z naszego punktu widzenia. Poniżej zamieszczam kilka z nich:
  • 免费,不要钱 (za darmo)
  • 您去哪里?(Dokąd pan jedzie?)
  • 我要去… (Muszę jechać do…)
  • 在这里停就行 (Proszę, zatrzymaj się tutaj)
  • 请别把我带出高速公路 (Proszę, nie wywoź mnie z autostrady)
  • 请不要把我们带到市中心因为我们要继续赶往下一个目的地 (Proszę, nie podwóź mnie do centrum miasta. Będę dalej jechać autostradą)
  • 服务区(告诉)- dwa słowa na MOP, czyli przyautostradowe parkingi, w Chinach generalnie wypasione
  • 收费站 (nasza najlepsza przyjaciółka, czyli bramka, wymawiana po chińsku jako szołfejdżan)
  • 搭便车 (autostop, wymawiane jako danbiancze)
  • 哪条路是去往_____的?(Która droga prowadzi do….?)
  • 高速公路 (autostrada)
  • 我们不能付钱 (Przykro mi, ale nie mogę zapłacić za podwózkę.)

Miłego autostopowania w Chinach!!

 Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back To Top