skip to Main Content
Islandia. Rozczarowanie I Porażka 

Islandia. Rozczarowanie i porażka 

Ten tekst rozpoczyna serię postów na temat naszej krótkiej przygody z Islandią. Były to bardzo intensywne dwa miesiące podczas których pracowaliśmy jak woły robocze, walczyliśmy o swoje z nieuczciwym pracodawcą i na własnym ciele poznawaliśmy zawiłe normy i zasady pracy na Islandii. Oczywiście jak to zwykle bywa, mogło być dużo gorzej. Nie było, bo na naszej drodze stanął dobry duch, a raczej duszka, która pomogła nam wtedy kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Nie wiem co zrobilibyśmy bez Magdy. 

Kiedy na początku sierpnia wsiadaliśmy na pokład samolotu z Reykjaviku do Warszawy czułam gorzki smak rozczarowania i porażki. Rozczarowania, bo kończył się piękny sen. Porażki, bo daliśmy się złapać w sieć oszustwa i naciągactwa jak żółtodzioby.

Czas miał pokazać, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, dla mnie jednak Islandia pozostanie trudną do przełknięcia gorzką pigułką. 

Praca i życie na Islandii: początki

Praca na na dalekiej północy stała się naszym marzeniem jakiś rok temu. To wtedy zaczęliśmy intensywne poszukiwania. Celowaliśmy w fińską Laponię, głęboką północ Norwegii i Islandię. Dość szybko okazało się, że Islandia jest najsensowniejszym wyborem. Po pierwsze, dobra płaca. Po drugie, łatwy proces rejestracji jako rezydent. Po trzecie, niesamowicie ciągnęło nas na tą maleńką wyspę pośrodku niczego. 

Islandia idealna?

W mojej głowie zaczął klarować się wyidealizowany obraz Islandii. Podsycały go blogi, na których czytałam o wspaniałym standardzie życia, wysokich zarobkach, prawach pracownikach, prężnych związkach zawodowych, które będą nas bronić i obłędnych krajobrazach. Szybko stworzyłam sobie przerośniętą bańkę oczekiwań – kraju idealnego, który pracuje jak szwajcarski zegarek.

Niestety nikt nie pisał o niechęci Islandczyków do zwierząt, ich zamknięciu, ksenofobii, skąpstwie, o setkach obcokrajowców, których wyrolowali ich bogaci islandzcy pracodawcy, żałosnej wręcz zawartości półek sklepowych, snobizmie i lenistwie Islandczyków. Stworzona w mojej głowie bańka pękła kiedy zderzyłam się z górą prowizorki i totalnego braku profesjonalizmu – od banków, w których pracownicy nie potrafią założyć konta (sic!), przez ksenofobiczne komentarze, po związki zawodowe, w których, jak to określiła nasza znajoma, pracują Islandczycy, którym brakuje motywacji do pracy (czyt.: zarabiają tyle, że nie chce im się pracować, bo i tak nikt ich nie zwolni). 

Każdy obcokrajowiec, z którym rozmawialiśmy na Islandii miał za sobą traumatyczne przejścia – utracone pieniądze i godność, walkę przed sądem z nieuczciwym pracodawcą, mobbing i użeranie się ze związkami zawodowymi. Oczywiście to wszystko przyszło później – najpierw przez dwa tygodnie przeżywaliśmy nasz wspaniały islandzki sen (klik tutaj), a później uderzyliśmy o glebę. 

Złego początki

Przez niecałe dwa miesiące pracowaliśmy na kempingu Hverinn (celowo podaję nazwę, żeby was ostrzec). Nasz szef i właściciel przybytku wydawał się na początku idealny. Niestety z czasem niewinne znaki, które pojawiały się tu i ówdzie przerodziły się w otwarty konflikt i ostatecznie wyrzucenie nas na bruk. Poszło o stawki i warunki pracy, ale i o ogólne podejście w którym to my, pracownicy z zewnątrz mieliśmy być de facto własnością naszego pracodawcy, a na taki obrót spraw zgodzić się po prostu nie mogliśmy. 

Ustalenia, które były argumentem przesądzającym o wyborze Hverinn zamiast innego hotelu na północy wyspy, szybko stały się kartą przetargową. Byliśmy ofiarami chamskiego szantażu, świadkami rasistowskich zachowań, ksenofobicznych komentarzy i psychicznej przemocy rodzinnej. Po nierzadko dwunastogodzinnym dniu pracy zamiast odpoczywać, siadaliśmy do komputera i odpalając jednego papierosa od drugiego, szukaliśmy pomocy, uczyliśmy się naszych praw i walczyliśmy z naszym pracodawcą. Islandzki sen upadł, a upadek był bolesny.

Islandia vs. Australia 0:8

Chcąc nie chcąc, w myślach i rozmowach porównywaliśmy dwa kraje, które przyciągają obcokrajowców jak magnes – Australię i Islandię właśnie. Nie będę was oszukiwać, po roku mieszkania w Australii, daleka jestem od jej idealizowania. Lecz porównanie z Islandią to jak niebo i ziemia. W Australii żyliśmy godnie, niezależni i wolni. Owszem, pracowaliśmy ciężko, ale na własny rachunek. Półki w sklepach uginały się od towarów, zawsze był wybór – chcesz wydać więcej na droższe produkty czy zaoszczędzić i kupić sezonowe warzywa i owoce, tanie makarony, piwo czy wino. Wszystko zależało od nas i naszych wyborów. Wynajem mieszkania kosztował nas tylko trochę więcej niż w Polsce, ceny paliwa powodowały uśmiech na naszych twarzach podobnie jak ceny samochodów. Ani razu nie staliśmy się ofiarą nieuczciwych pracodawców, a pracowaliśmy w kawiarni, firmach ogrodniczych, foodtrucku, agencji house sittingowej i firmie budowlanej. 

Scammed in Iceland

Na Islandii dostaliśmy trzy propozycje pracy. Dwie z nich, jak później się okazało, były nielegalne w świetle prawa pracy. Trzecia, którą przyjęliśmy, również. Przypadek? Okazuje się, że nie. Nasi islandzcy sąsiedzi, Czesi, przez kilka miesięcy walczyli z nieuczciwym pracodawcą. Ich przyjaciel odzyskał ciężko zarobione na islandzkiej farmie pieniądze po trzech latach procesowania się (!!!!). Nasza znajoma Polka, duszka, która wyratowała nas z opresji, sama była ofiarą pracodawcy psychopaty. Grupa na Facebooku „Scammed in Iceland” pęka w szwach od historii ludzi takich jak my. Zdaję sobie sprawę, że nieuczciwi pracodawcy zdarzają się wszędzie, ale mam nieodparte wrażenie, że na Islandii jest ich wyjątkowe zagęszczenie. Oszustwa nie ograniczają się do samej pracy. Rolowanie obcokrajowców to także oferowanie im skandalicznych warunków mieszkaniowych za skandalicznie wysokie stawki. Mogą się nie zgodzić, pomyślisz. Teoretycznie tak, ale w praktyce, kiedy mieszkasz i pracujesz pośrodku niczego, jedynym wyborem pozostaje lokum udostępniane przez pracodawcę. 

Zakompleksieni Islandczycy

Pamiętam jak kilka dni po zakończeniu kwarantanny jechałam z naszym szefem na zakupy. Wskazując zabudowę Borgarnes, mówił:

– Do lat 50-tych nic tutaj nie było. Na Islandii nie było normalnego życia, tylko walka o przetrwanie. Większość z nas wyemigrowała do Kanady i USA. 

– Nie do Skandynawii? Byłoby chyba łatwiej? – zapytałam

– Łatwiej? Chyba żartujesz! W Skandynawii jesteśmy jak czarni. Podgrupa do najgorszej roboty. Wyczuwają nas na kilometr. Nie lubią naszego języka, naszej kultury. A my nie lubimy ich. 

Pamiętam, że te słowa dały mi do myślenia i w jakiś sposób uzupełniły lukę. Zaczynałam rozumieć skąd biorą się islandzkie kompleksy, które paradoksalnie przekładają się na islandzki nacjonalizm. Rozmawiając z Islandczykami wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że próbując przekonać mnie do niesamowitości Islandii tak naprawdę przekonują samych siebie, rękami i nogami próbując zachować to, co pozostało z ich kultury. Uwielbienie własnego języka, swetry z owczej wełny, kąpiele w gorących źródłach. Niewiele jak na przejawy kultury narodu i kraju. A jednak. Kompleksy wobec wielkiej Ameryki, która tyle dała Islandii (chociażby ogromne bazy wojskowe rozsiane po całej wyspie czy dochody z weekendowej i stopoverowej turystyki) i Europy są jak wrzut, który podsyca nacjonalizm – „wcale nie jesteśmy gorsi, ba, tak naprawdę jesteśmy lepsi” – zdają się utwierdzać Islandczycy lecząc stare kompleksy. Lepsi od imigrantów, którzy zasilają wyspę. Wreszcie to nie oni są biedakami płynącymi do Ameryki. Wreszcie to Islandia stała się Ameryką!

Indoktrynacja i hipokryzja

Od pierwszych chwil czułam się indoktrynowana. Prym wiodła teściowa naszego szefa, która objaśniała mi islandzki savoir vivre traktując przy okazji jak idiotkę. Godzinami słuchałam o wyjątkowości Islandii i przywileju jakim jest możliwość pracowania w tym mlekiem i miodem płynącym kraju. Wbijano mi do głowy islandzkie słówka, narzekając jednocześnie na fatalny akcent i slang Islandczyków z północy i zachodu. Narzekania obejmowały też opieszałość rządu, a nawet fatalną pogodą, od której teściowa szefa co roku ucieka na 6 miesięcy na… Florydę. Jeśli miałabym szukać wcielenia hipokryzji, byłaby nią ta pani 😉

Obcokrajowiec to całe zło

Nie było dnia, żebyśmy nie słyszeli uwag i komentarzy na temat obcokrajowców, jednak sytuacja sięgnęła apogeum, kiedy złodzieje włamali się do przykempingowej restauracji, w której pracowaliśmy. Stało się to nad ranem i całe szczęście nic strasznego się nie stało. Pies wystraszył złodziei, którzy weszli przez okno i zdążyli ukraść tylko kilka paczek fajek i do połowy pustych butelek alkoholu. Właściciele zobaczyli ich sylwetki, kiedy ci biegli już do samochodu. Rano dowiedzieliśmy się, że złodziejami na pewno nie byli Islandczycy, lecz… mieszkańcy Europy wschodniej. Skąd takie podejrzenie? Od tyłu wyglądali jak mieszkańcy Europy wschodniej. Przypomniałam im, że jestem z Polski, na co usłyszałam, że przecież wiadomo, że Polacy kradną, a potem wywożą z Islandii i sprzedają na bazarach. Ot, stereotyp taki jakich wiele na całym świecie, a jednak myślałam, że czasy Polaka-złodzieja mamy już za sobą.

Niestety o Islandczykach mam jak najgorsze zdanie. Nie chcę powielać krzywdzących stereotypów, ale gdyby przyszło mi żyć na Islandii wybrałabym miejsce odizolowane  od… Islandczyków. Niesmak budzi we mnie ich pseudo snobizm, lenistwo, totalny brak profesjonalizmu w pracy, kompleksy przykryte grupą warstwą samouwielbienia (paradoks? Tylko pozornie!). Tak jak razi mnie nasze polskie kombinowanie, podobnie niechęcią napawa mnie islandzkie. 

Owszem, kraj jest piękny. Oszałamiająca przestrzeń i cisza zwalają z nóg, wodospady na każdym kroku, setki owiec i koni, pola lawy i kilometry pustych dróg – idealne miejsce na road trip i przygodę życia, ale tylko w sensie turystycznym. Gdybym miała przyjechać znowu na Islandię w celu zarobkowym czy migracyjnym, musiałabym mieć zagwarantowaną pracę życia. Nie wyobrażam sobie, żebym z własnej nieprzymuszonej woli wróciła na wyspę, gdzie podatki zabierają prawie 40% twojego wynagrodzenia, ceny mieszkań i jedzenia są z kosmosu, załatwienie jakiejkolwiek sprawy w banku jest w zasadzie z góry niemożliwe, a ludzie patrzą na ciebie wilkiem. Wiem, przesadzam i nie jestem obiektywna, bo wcale nie muszę. Zresztą nie o to tu chodzi. Po prostu dużo bym dała gdyby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody takim postem przed przylotem na Islandię. Być może moje rozczarowanie i poczucie przegranej nie byłyby tak wielkie.  


Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!


The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉
This Post Has 3 Comments
  1. Dzięki za ciekawy wpis. Przeczytałem z zainteresowaniem. Dobrze, że są takie wpisy. Zwykle na blogach wszystko jest chwalone, przemilczane są negatywy – a potem ktoś nieświadomy się styka z czymś takim.

    1. No więc właśnie… Bo Islandia WYDAJE SIĘ idealna, ale jak przyjdzie co do czego, to jest dużo „ALE”. Tak czy inaczej, co cię nie zabije to cię wzmocni ;D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »
Back To Top