skip to Main Content
Gwiazdka, Australia I Około-świąteczne Przemyślenia

Gwiazdka, Australia i około-świąteczne przemyślenia

Jest 21-wszy grudnia i w głowie mi się nie mieści, że za trzy dni Wigilia. Za oknem świeci słońce, termometr wskazuje ponad 30 stopni, a ja latam w krótkich spodniach i sandałach (albo siedzę pod wentylatorem). Gdyby nie świetliste dekoracje na (całe szczęście) nielicznych domach (dla niektórych niemalże stroboskopowy św. Mikołaj mieniący się kolorami tęczy przez całą noc jest pewnie wyrazem świątecznego nastroju…) i dzikie tłumy w sklepach w życiu nie pomyślałabym, że Święta za pasem. Brakuje mi zimna, pochmurnego nieba (kto by pomyślał!), zapachu świeżego drożdżowego i suszonych grzybów. 

Jedna rzecz jest stuprocentowo międzynarodowa – gorączka zakupów. Odnoszę wrażenie, że ludzie przygotowują się na armagedon. Jak gdyby nagle z dnia na dzień miało zabraknąć jedzenia – wszyscy jak jeden mąż wyjeżdżają ze sklepów z wyładowanymi po brzegi wózkami. Co jest nieco zabawne, biorąc pod uwagę, że tutaj sklepy zamykane są tylko 25-ego grudnia… 

W ramach aktualizacji statusu – tutaj, czyli gdzie? Nadal jesteśmy w Australii, konkretnie w Perth. W ramach niezastąpionego housesittingu (będzie o nim więcej na blogu) Święta spędzamy opiekując się ślicznym, starym (ale odremontowanym) domem. W pakiecie mamy dwie cudowne przylepy rasy golden retriever (Molly i Rose), wypasioną kuchnię z wszystkimi udogodnieniami, które powodują u mnie niekontrolowane piski zachwytu (Kitchen Aid, Le Creuset, czyli mercedes wśród żeliwnych garnków – chleby się wypiekają, piekarnik – parowar, wolnowar – w kuchni się dzieje), mały ogródek z cytrynami, pomidorami i świeżymi ziołami. Żyć nie umierać. W dodatku urocza okolica – blisko wszystkiego, a jednak cicho, zielono i przyjemnie.

Przedstawiamy Molly i Rose. Cudne są, prawda?

 

Domowa produkcja chleba. Pięknie sfermentowane ciasto, uformowane bochenki i gotowy chrupiący chleb. Żyć nie umierać!

Szczęśliwie zakupy już zrobiłam, twaróg własnej roboty chłodzi się w lodówce (w planach są pierogi ruskie i sernik), chleby wypiekać będę na bieżąco i w zasadzie w tym miejscu kończą się moje świąteczne przygotowania. W pierwotnym założeniu mieliśmy spędzić Wigilię we dwoje – grając w domino, makao i monopol, pijąc wino, podjadając sery i słuchając muzyki. Prezenty kupione dzisiaj na AliExpress przylecą do nas za jakiś miesiąc, więc ten problem też mamy z głowy. Jednak nasi australijscy przyjaciele są nieobliczalni i zorganizowano nam całe Święta. Ma to pewien urok. Zamiast smucić się, że jesteśmy tak daleko od domu i rodziny, będziemy pić szampana i zajadać pieczeń wieprzową. Tym samym Wigilię przygotowuję ja i będziemy mieli gości. W związku z tym robię polsko-australijskiego miksa. Nie ma to jak kuchnia fusion. Australijska pieczeń wieprzowa z ziemniakami i sosem, pierogi ruskie, sernik i piernik.

I domowa produkcja sera. W Indonezji przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie będę lepiła ruskich bez normalnego twarogu. Słowa dotrzymuję

Szampan szampanem, świniak świniakiem, a mi marzą się śledzie. Victor z kolei śni o kapuście z grzybami. Zjadłabym też kilka plastrów pieczystych mojej mamy z ćwikłą i sałatką jarzynową, że nie wspomnę o makowcu i jeszcze ciepłym drożdżowym z masłem (to się akurat da zrobić…). Wyściskałabym rodziców, dziadziusia i resztę naszej małej rodziny (nie wymieniam z imion i koligacji, bo i tak zainteresowani wiedzą o kogo chodzi, jeśli czytają te słowa). Rok temu dokonaliśmy małego cudu i przeprowadziliśmy świąteczny desant. Były to cudowne chwile i warto było ciut skrócić finansowo naszą podróż, żeby zobaczyć zaskoczone miny co niektórych kiedy pojawiliśmy się w domu. W tym roku nie dało rady…

Święta poza domem

Nadchodzące Święta będą trzecimi, które spędzam poza domem. Zdecydowanie najbardziej egzotyczne z nich to Boże Narodzenie 2008, które przyszło mi świętować w Brazylii. Był to też trudny czas, bo pierwszy raz w życiu spędzałam Święta poza domem. Chyba jeszcze trudniej było moim rodzicom, którzy nie mogli zrozumieć dlaczego po raz kolejny przesuwam datę powrotu do domu i dlaczego nie mogę wrócić nawet na Święta. Moja mama prawie mnie wydziedziczyła, a mój tata zszokował zdaniem, które przeszło do rodzinnej historii. Brzmiało mniej więcej tak: „Córciu, jesteś szczęśliwa? Tak? To korzystaj ile możesz…”. Wolę nie wiedzieć jaką burę dostał potem od mamy…

To właśnie wtedy poznaliśmy się z Victorem. Poznaliśmy się co prawda w Peru, ale los chciał, że przez kilka miesięcy włóczyliśmy się razem po Ameryce Południowej – najdłużej po Brazylii właśnie.

Grudzień to szczyt sezonu turystycznego i hordy Brazylijczyków podróżujących po swoim kraju. Uciekliśmy od tłumów zaszywając się na małej wyspie pozbawionej dróg i większości nowoczesnych udogodnień. Godzinami spacerowaliśmy po plaży, bujaliśmy się w hamaku, piliśmy caipirinhę (dla mnie podwójna ilość limonki, dla Victor podwójna ilość cachaçy), urządzaliśmy wyścigi pustelników i zbieraliśmy muszle. W Wigilię zamiast śledzia i grzybów, zjedliśmy makaron po bolońsku, a do tego rozpiliśmy dużą butelkę tequili. Dość nietypowe święta z mężczyzną, który kilka lat później stał się moim mężem. Widać tak miało być.

Brazylijskie klimaty…

Kolejne Święta poza domem spędziliśmy dwa lata temu w Turcji. Opisałam te niesamowite chwile na blogu, zatem odsyłam do tekstu (klik tutaj). Chciałam tylko z nostalgią wspomnieć o tym, co różni Australię od Turcji i za czym niesamowicie tęsknię. Bazary, targowiska, hale targowe, bezpośredni kontakt ze sprzedawcą. Jak bardzo brakuje mi tego w Australii!!

Bezosobowe jeżdżenie wózkiem po niekończących się supermarketowych korytarzach męczy mnie i pozbawia sił. Ślepię na obwieszone towarami półki, ale nic nie widzę. Wszystko jest do siebie podobne, opakowane w plastik. Nie można powąchać, dotknąć, spróbować i choć wybór jest ogromny, to jednak doświadczenie zupełnie inne. Żaden produkt nie ma swojej historii, wszystko jest anonimowe. Jak cudownie było w Turcji kiedy nawet bariera językowa nie stanowiła przeszkody dla fascynującej rozmowy na temat ryb, oliwek czy serów. W tym roku zamiast zakupów na lokalnym targowisku, zaopatruję się w supermarketach. I wcale nie jest mi z tym dobrze.

Piszę i piszę, a w sumie nie napisałam ani słowa o tym jak świętuje się tutaj Boże Narodzenie. 24-ty jest normalnym dniem pracy. W Australii nie ma wieczerzy wigilijnej. Świętowanie zaczyna się 25-tego, czyli w Christmas Day. Dzieci od rana rozpakowują prezenty, które w nocy zostawił dla nich Święty Mikołaj, a około południa rozpoczyna się świąteczny lunch. Próżno jednak szukać podobieństw z polskim świątecznym stołem. Podczas kiedy w Europie szaleje zima, w Australii rozpoczyna się lato. Nikt nie ma ochoty na gorące, rozgrzewające potrawy. Na stole króluje upieczona wcześniej szynka i/lub indyk, sałatki albo klasyczny grill. 26-ego zamiast objadać i się siedzieć przed telewizorem, Australijczycy albo idą na plażę (super!) albo… do centrów handlowych (mniej super…). Boxing Day to gratka dla zakupoholików. Sklepy szaleją z przecenami i podobno rzeczywiście warto wybrać się wtedy na zakupy. Święta to też początek szkolnych wakacji. Życia wtedy ponoć zwalnia.

Kończąc już te około-świąteczne wywody, chciałam skorzystać z okazji i życzyć wesołych Świąt! Oby nadchodzące dni stały się okazją do refleksji. W pogoni za prezentami i dążeniem do perfekcji na świątecznym stole, zatrzymaj się na chwilę, pomyśl co jest dla ciebie najważniejsze. A potem małymi kroczkami, bez noworocznych postanowień, realizuj się – rób to, co kochasz, a świat stanie się na pewno przyjaźniejszym miejscem. No i smacznego karpia!! 😀


Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!


The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉
This Post Has 2 Comments
  1. Pięknych Świąt i jeszcze piękniejszego życia w nowym roku 2018, gdziekolwiek Was ono zaprowadzi…
    Uściski 🙂
    Mariano

    1. Mariano, dziękujemy z całego serca! Dla Ciebie i całej rodzinki wszystkiego naj! Pomyślności, zdrowia, szczęścia, sukcesów zawodowo-naukowych i radości z najmłodszej pociechy. Całujemy!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »
Back To Top