skip to Main Content
Autostopem przez Armenię

Autostopem przez Armenię

Z Tbilisi udało nam się wyjechać szybko miejskim autobusem. Victor pomógł mi założyć plecak, bo chcieliśmy przenieść się kilka metrów dalej od przystanku. Nie zdążyliśmy. Machnęłam ręką na pierwszy przejeżdżający samochód i bingo! Od razu otrzymaliśmy jak na tacy transport do granicy. Nasz kierowca okazał się nauczycielem języka gruzińskiego. Poza wykładaniem na uniwersytecie, trzy razy w tygodniu jeździ do niewielkiej azerskiej szkoły przy granicy i uczy tam piętnaścioro maluchów języka gruzińskiego. Kolejna ciekawa osoba, która stanęła na naszej drodze. Autostopem przez Armenię zaczęło stawać się rzeczywistością a nie tylko planem…

Nie spodziewaliśmy się, że dojedziemy do granicy tak szybko. A jednak. Choć w Gruzji pogoda pozostawiała wiele do życzenia, było pochmurno i chłodno, po przejściu przez granicę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Początkowo nieśmiało, po chwili zaczęło nas solidnie ogrzewać, a niebo z ołowianego stało się turkusowe. To się nazywa miłe powitanie w Armenii. Żeby polepszyć sprawę, w zasadzie od razu zatrzymał się przy nas kierowca. Nie zdążyliśmy nawet wybrać armeńskich dramów z bankomatu, ale stwierdziliśmy, że spokojnie wybierzemy później w kolejnej miejscowości. Nie sądziliśmy, że bankomaty w małych wioskach są raczej towarem deficytowym.

Wracając do autostopu, tym razem podwiózł nas wracający do domu żołnierz, który nie do końca jechał w naszym kierunku, ale nadłożył drogi i wysadził nas na bardzo wygodnej krzyżowce. Znowu nie zdążyliśmy założyć plecaków i już mieliśmy kolejną podwózkę. Dość majętny pan wracał do Erywania z zakupów w Tbilisi. Sprawnie i przyjemnie dojechaliśmy do rozwidlenia w kierunku monastyru Akhtala.

Monastyr Akhtala

Jedyny monastyr w Armenii, w którym zachowały się piękne freski. Zdobią one wnętrze najważniejszego budynku klasztornego, kościoła Matki Bożej. Klasztor powstał w XIII wieku i znajduje się we wsi o tej samej nazwie. Cały kompleks jest bardzo ciekawy i obejmuje kamienne mury, a także tajemnicze groty, gdzie prawdopodobnie wytapiano miedź. Właścicielka sklepu znajdującego się vis a vis wejścia na teren klasztoru chętnie otworzy i pokaże wnętrze kościoła.

Samo otoczenie nie robi oszałamiającego wrażenia. Jednak postanowiliśmy dać szansę Akhtali i po tak udanym stopowaniu zaczęliśmy iść pod górę. Nie spieszyło nam się, ponieważ chcieliśmy rozbić się w okolicy monastyru. Niespełna 4 km przedreptaliśmy w trochę ponad godzinę. Powoli, ale nasze ramiona odzwyczaiły się od dźwigania plecaków. Cóż, muszę przyznać, że monastyr nie rzucił mnie na kolana. Nie wiem czy to kwestia tego, że dookoła rozrosła się brzydka szaro-brązowa zabudowa wsi Akhtala czy raczej tego, że wszędzie dookoła widać pozostałości górniczej działalności. Okolica Akhtali obfituje w miedź i choć teraz lokalne górnictwo charakteryzuje się raczej tendencją spadkową, to jednak jego ślady są aż zanadto widoczne. Być może mój negatywny odbiór spowodowany był również tym, że we wsi nie ma bieżącej wody, czyli nici ze spania, bo wody niet.

Wyglądało na to, że wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten dzień. Trochę marudząc zaczęliśmy schodzić. Samochodów było jak na lekarstwo, a te które się pojawiały były pełne. Zupełnie zrezygnowana machnęłam na wyjątkowo rozklekotaną ładę. Udało się! Pan skręcał w lewo, my w prawo, ale i tak koniecznie chciał zawieźć nas do autobusu, który z kolei zawiózłby nas do najbliższego miasteczka. Nie mieściło mu się w głowie, że dalej pojedziemy autostopem do kolejnego monastyru. To ciekawe, że ktoś, kto zabiera autostopowiczów zupełnie nie przyjmuje do wiadomości, że inni kierowcy robią to samo co on. Hmmm… Ustawiliśmy się kilka metrów od czatujących na nas taksówkarzy i po 30 sekundach siedzieliśmy w oplu jadąc w kierunku monastyru Haghpat. Mało wiedzieliśmy o tym miejscu, poza tym, że znajduje się wysoko. Nasz kierowca miał wysadzić nas na rozwidleniu, ale kiedy już otwieraliśmy drzwi, żeby wyjść, ruszył z piskiem opon i śmiejąc się wykrzyczał: „A co wy tam będziecie na górę z tymi plecakami wchodzić! Zawiozę was!”. Głupio się nam zrobiło i zaczęliśmy go przekonywać, że damy sobie radę i ktoś nas podwiezie. Na co pan kierowca zupełnie niezrażony odrzekł, że „ano pewnie, ja was zawiozę!”. No i zawiózł. To dopiero była wspinaczka. Opel sapał i dyszał, ale dzielnie parł pod górę ponad 7 km. Pan kierowca odjechał, a my znaleźliśmy się w innym świecie. Choć monastyr również znajduje się we wsi (a raczej wieś rozrosła się wokół monastyru), to okolica zapiera dech w piersi. Aż po horyzont wzgórza, niektóre soczyście zielone, inne lekko zaśnieżone. Pod murami monastyru nieśmiało uśmiechający się mieszkańcy i chrumkające prosiaki. A sam monastyr… Akhtala niech się schowa. Znaleźliśmy się na terenie kompleksu, który powstał w X wieku. Trudno sobie wyobrazić, że dotykaliśmy kamieni, które stoją w tym miejscu taki kawał czasu. Klasztor ma niesamowity klimat. Victor był wniebowzięty. Zobaczenie na własne oczy ormiańskich monastyrów było jego marzeniem, więc stał z rozdziawioną buzią i pochłaniał widoki.

Jednak najlepsze miało dopiero nastąpić. Słońce było nisko na horyzoncie, ale ciągle grzało. Temperatura była zupełnie nie-armeńska jak na tę porę roku – blisko dwadzieścia stopni! Jednak nadal nie mieliśmy wody, lokalnej waluty ani miejsca do spania. Na terenie monastyru było kilka miłych zakamarków, ale chcieliśmy przeczekać do wieczora i rozbić się po zmroku.

Monastyr Haghpat

Lonely Planet nazywa go „perełką” i słusznie. W 1996 trafił na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Najstarszy z budynków (Surp Nishan znajdujący się w środkowej części kompleksu) powstał około 976 roku dzięki finansowemu wsparciu królowej Khosrvanuch. Piękna wieża dzwonnicza, refektarz i biblioteka powstały w XII wieku. Klasztoru dogląda szalenie pomocny i miły kustosz, który chętnie i z nieskrywaną dumą opowiada o historii budynków.

Kiedy Victor poszedł w poszukiwaniu wody, ja zostałam pilnować plecaków (z takimi widokami i klimatem to czysta przyjemność). Nagle znikąd wyrósł koło mnie przyjaźnie uśmiechnięty pan i zapytał czy mi się podoba. A że akurat cykałam zdjęcia to odpowiedź nasunęła się sama. Potem wskazał na dwa plecaki, więc łamanym rosyjskim wyjaśniłam, że mąż poszedł po wodę. Pan okazał się opiekunem monastyru i czytając w moich myślach wskazał na namiot i zapytał czy mamy gdzie spać. Jakoś nie umiałam wymyślić przekonującej bajki, więc szczerze powiedziałam, że myśleliśmy o rozbiciu się gdzieś w okolicy. Pan opiekun rozochocił się i znalazł śliczny zakątek, osłonięty od wiatru, z widokiem na pobliskie wzgórza, a co najważniejsze, przytulony do ścian monastyru (wewnątrz kompleksu!). Bosko! Jednak zanim rozbiliśmy namiot, zostaliśmy oprowadzeni po klasztorze, a tour został wzbogacony historiami związanymi z klasztorem. Niestety zrozumiałam zaledwie jakieś 30% – mój rosyjski jest naprawdę podstawowy i bardzo tego żałuję 🙁

Wieczorem kiedy już najedzeni i rozbici siedzieliśmy przy herbatce, pan opiekun wrócił z propozycją kolacji, noclegu, kawy i herbaty. Ormiańska gościnność. Wyspaliśmy się za wszystkie czasy, choć ja budziłam się kilka razy i nasłuchiwałam czy stare kamienie nie szepczą, ale było cicho jak makiem zasiał. Rano pan opiekun dał nam 400 dram na marszrutkę i prawie się obraził kiedy chcieliśmy mu zwrócić w dolarach. Ostatecznie stanęło na tym, że równowartość dwóch biletów pójdzie na monastyr. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy odbić do klasztoru, kiedy będzie przejeżdżał w okolicy, mam nadzieję, że się tych wątpliwości pozbył!

PRAKTYCZNIE

Wszystkim zainteresowanym gorąco polecam stronę http://transiten.ttc.com.ge/, na której można sprawdzić rozkład i trasę miejskich autobusów, co więcej przystanki są zaznaczone na mapie Tbilisi w google maps, więc naprawdę łatwo zaplanować przemieszczanie się po mieście, albo wyjazd z niego (żeby szybko dostać się w dobrą miejscówkę do łapania stopa).

W Tbilisi spaliśmy w hostalu Konka, vis a vis pętli autobusowej przy ulicy Baratashvili, 15 lari/os.

Wstęp do opisanych monastyrów jest bezpłatny, marszrutka z Haghpat do Alaverdi kosztuje 200 dram/os. Marszrutki kursują regularnie od ok. 8 rano, ostatnia z Haghpat zjeżdża przed 17 (z placu przed monastyrem).

Alaverdi jest największą miejscowością kanionu Debed. Można wymienić tu walutę, są tu również bankomaty, możliwości noclegów i duże delikatesy. Poza tym to mało atrakcyjne podupadające górnicze miasteczko.

Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »
%d bloggers like this: