skip to Main Content

Wietrzna Bułgaria

Jak zapamiętam Bułgarię? Jako kraj wiatru, słońca, nieistniejących (?!) pensjonatów, idealnego biwaku, taniego piwa i jeszcze tańszej kawy.

Wspomnienie 1. WIATR

W mniejszym bądź większym stopniu towarzyszy nam codziennie i prawie cały czas w twarz. Na plus trzeba powiedzieć, że jest ciepły, zawsze to ciut lepiej. Jakoś tak się układa, że większość naszej rowerowej trasy jest dość mocno pofalowana. Czasem bardziej niż tylko pofalowana. Czasami to konkretne podjazdy, a z wiatrem w twarz robią się naprawdę ciężkie. Niezależnie od tego czy pchamy rowery po leśnych ścieżkach czy jedziemy dobrej jakości drogą – wiatr nie ułatwia nam życia. To ciekawe, że rzeczy na które normalnie nie zwracałam zbyt dużej uwagi, teraz stają się niezwykle istotne. Kiedy patrzę na prognozę pogody nie martwię się tyle temperaturą, ile prawdopodobieństwem opadów i siłą wiatru. To pewnie żadna nowość dla zaprawionych w bojach cyklo-turystów, ale dla nas to jednak odkrycie.

Wspomnienie 2. BIWAK IDEALNY

Wyjeżdżamy z Burgas i zaczynamy wspinać się w stronę Parku Narodowego Strandża. Krajobrazy przypominają mieszankę Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Początkowo przejeżdżamy przez dwa miasteczka, a potem długo długo nic. Jest pięknie. Słońce przygrzewa, jest zielono. O 12 tradycyjnie zrywa się wiatr. Po kilkukilometrowym podjeździe rozpoczynamy szalony zjazd. Nagle po prawej stronie widzę koryto rzeki. Postanawiamy spróbować szczęścia i poszukać jakiegoś miłego miejsca na biwak. Udaje się! Brniemy z rowerami przez chaszcze aż dochodzimy do polanki wprost stworzonej na rozbicie namiotu. Woda w rzece jest czysta i orzeźwiająca, a miejsce na namiot miękkie, bo wyściełane liśćmi. Jak zwykle klimat psuje kolacja – ZNOWU gotuję soczewicę, której mój mąż nie trawi. Nawet księżyc w pełni nie jest w stanie zmyć z jego twarzy grymasu kiedy muchluje wegańską kolację. Ja za to puchnę ze szczęścia!

Wspomnienie 3. IDEALNE MIASTECZKO NADMORSKIE

Jeśli nie lubicie klimatów nadmorskich resortów, ciągnących się wielopiętrowych kompleksów hotelowych typu all inclusive i 24-godzinnej imprezy to gorąco polecamy Bałczik. Wjechaliśmy do tego miasteczka nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać. Zresztą nie planowaliśmy zabawić długo. Potrzebowaliśmy na chwilę Internetu i dlatego wstąpiliśmy do kafejki na kawę – 6 zł za dwa chojne espresso. Rozmawiając i rozglądając się dookoła stwierdziliśmy, że Bałczik ma w sobie to „coś”. Stare budynki z charakterem, babcie wysiadujące pod sklepami i bacznie obserwujące ulice, plączące się między nogami koty i psy, milusińskie i proszące o odrobinę pieszczoty, przyjaźnie patrzący mieszkańcy, przyjemną promenadę. Nie ma za to obłędnej piaszczystej plaży (najbliższa w Albenie) i mnóstwa knajp (czyt. cisza i spokój w najlepszym wydaniu). To właśnie tutaj za równowartość około 60 zł udało nam się wynająć studio w hotelu znajdującym się przy nadmorskiej promenadzie. Co można tutaj robić? Po listę atrakcji odsyłam do Wikipedii, ze swojej strony mogę polecić leniwe spacery stromymi uliczkami miasta (bo Bałczik leży na stromym klifie – mieszkańcy muszą mieć pośladki twarde jak orzechy od ciągłego wchodzenia i schodzenia). Najlepiej się po prostu zgubić w wąskich uliczkach, zajrzeć między budynki – przy odrobinie szczęścia można znaleźć urocze podwórka w stylu andaluzyjskiego patio porośnięte krzewami cytrusów. Jeśli jednak nie do końca mamy ochotę na wspinaczkę, można ruszyć wzdłuż morza i maszerować przez dobre kilka kilometrów w kierunku Albeny. Do niedawna można było dojść aż do piaszczystej plaży, ale niestety osuwisko dość mocno uszkodziło kawałek nadmorskiej promenady i klops. Tak czy inaczej, solidna dawka jodu i spokoju gwarantowana. Można też zjeść dobrą rybę – przy odrobinie szczęścia można ją kupić bezpośrednio od rybaków. Spacerując wzdłuż wybrzeża można również dojść do pałacyku i ogrodu botanicznego Marii, rumuńskiej królowej (pochodzącej z Anglii), która wybrała Bałczik na siedzibę swojego domu. W sumie wcale jej się nie dziwię. Też wolałabym mieszkać w luksusowym pałacyku wśród tropikalnej przyrody na samiutkim wybrzeżu Morza Czarnego. Swoją drogą imprezy, które organizowała królowa Maria obrosły legendą… Podobno nie brakowało opium i ciekawych mężczyzn.

O nieistniejących pensjonatach pisałam wcześnej, więc nie będę się powtarzać. Zostało jeszcze tanie piwo. Żeby nie być gołosłowną – bułgarskie piwo Kamenitza (odpowiednik naszego Lecha) w dość snobistycznej knajpie w Burgas (za to z szybkim Internetem) kosztowało nas około 5 zł. W innych, normalniejszych lokalach można spokojnie wypić za 4 zł. Raj dla piwoszy!


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has 0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »