skip to Main Content
glamping w gruzji

Tu i teraz (6) Glamping w Gruzji, czyli dysproporcje i niesmak

Pisanie szło mi ostatnio bardzo opornie. A nie tak miało być. 

Ci którzy czytają naszego newslettera (jeśli chcesz się zapisać, kliknij tutaj) albo śledzą facebooka (klik tutaj) wiedzą, że sierpień spędziliśmy w Gruzji. Miał być to miesiąc spokoju i wyciszenia w błogim otoczeniu. Mieliśmy mieć mnóstwo czasu, żeby pisać, pracować nad zdjęciami i filmami. Zamiast tego pracowaliśmy jak woły robocze prowadząc mały hotel dla ludzi z dużą kasą w Parku Narodowym Lagodekhi. Kiedy wieczorem kończył się dzień pracy, mieliśmy siłę tylko na prysznic, a jeśli jakimś cudem była chwila wolnego w ciągu dnia, woleliśmy po prostu odpocząć. Szybka drzemka, chwila z książką, zabawy z małą kocicą. W takich okolicznościach zobaczyliśmy czym jest pseudo glamping. 

Glamping. Co to takiego?

Glamping: „zbitka angielskich słów glam i camping, oznaczająca luksusowy kemping, czyli w wygodnym miejscu i często z dodatkiem usług hotelarskich” (źródło: wikipedia). W Gruzji glamping powoli triumfuje, a odrobina luksusu przyciąga ludzi z kasą jak ćmę do światła.  Zakładam, że pewnie dlatego pseudo glamping, czyli nieukończony hotel z chatkami wśród drzew, którym zarządzaliśmy w sierpniu, cieszy się takim powodzeniem. I wbrew pozorom nie ma tutaj namiotów. Są za to platformy z maleńkim basenem z podgrzewaną wodą i miejsce na ognisko. Nikogo jednak nie martwi brak namiotów. Chatki są wygodniejsze. A poza tym, jaka różnica skoro glamping dobrze pozycjonuje się w google? 

glamping w gruzji

Kto uskutecznia glamping w Gruzji?

Kto robi glamping w Gruzji? Ci, którzy mają kasę. Dużo kasy, bo glamping słono kosztuje. Tu, gdzie pracujemy my jedna noc to blisko 500 zł za dwuosobową maleńką chatkę. Odkrywamy zatem zupełnie nową twarz Gruzji. Gruzji pełnej majętnych obcokrajowców, pracowników ambasad, organizacji międzynarodowych i pozarządowych, którzy mają góry pieniędzy i dużo wolnego czasu. Do tej pory Gruzja kojarzyła nam się z prywatnymi, prostymi kwaterami, górołazami i turystami z plecakami przemierzającymi kraj marszrutkami. Okazuje się jednak, że jest ogromna liczba ludzi gotowych za jedną noc zapłacić tyle, ile pracownik hotelu zarabia w miesiąc. 

Dysproporcje i chore ceny

Cena za nocleg w „naszym” hotelu wydaje nam się zupełnie nieproporcjonalna do standardu i realiów. Owszem, okolica jest piękna. Jesteśmy nad rzeką (mały strumyk przepływa przez środek terenu), otoczeni drzewami i bujną roślinnością. Same chatki stoją na wysokich podestach, bo właściciele pozycjonują hotel w google jako popularne teraz „tree houses”. Dodaj do tego hasło „glamping” i każdy z kasą w Gruzji chce tutaj przyjechać. Z zaskoczeniem obserwuję również siłę poleceń. Co drugi gość, którego kwateruję, przyjechał z polecenia. A to znajomi, a to współpracownicy, a to ktoś gdzieś usłyszał. A że okolica Parku Narodowego Lagodekhi jest jeszcze mało znana, ludzie ciągną tutaj, żeby zobaczyć ostatnie „nieznane” miejsca tak popularnej wśród turystów Gruzji. Zdjęcia robią kierowcy i przewodnicy, zaglądają inni hotelarze, lokalna telewizja i agencje turystyczne z Tbilisi. Właściciele nie robią nic, a ich hotel z dnia na dzień robi się coraz popularniejszy. Cieszę się, ale bynajmniej nie ze względu na nich, lecz na pracowników – mieszkańców pobliskiej wioski, z którymi bardzo się zaprzyjaźniliśmy i za którymi będziemy tęsknić. 

O Gruzinach słów kilka

Gruzini są niesamowici. Jechaliśmy tutaj pełni uprzedzeń. Właściciele nabili nam głowy różnymi bzdurami – że Gruzini leniwi, że nie chce im się pracować. Mieliśmy być niejako szpiegami właścicieli i nadzorcami, pilnującymi z batem w ręku czy zespół pracuje i przysługuje mu pensja. O ile zarządzać potrafimy, to jednak zamiast bata wolimy koleżeński układ i uczciwą pracę. Okazało się, że nasi gruzińscy współpracownicy też. Wystarczy po prostu zacząć pracować z nimi ramię w ramię. Więc pracowaliśmy, wyrywając zielsko, zgarniając liście, karczując kolejne tereny, przygotowując i serwując śniadania i kolacje, sprzątając, meldując gości. Byliśmy kelnerami, mechanikami, ogrodnikami. I tak jak napisałam na facebooku jakiś czas temu, bez cienia wątpliwości rzucilibyśmy tą robotę w sto diabłów gdyby nie dwie sprawy: zespół, z którym pracowaliśmy i mała kocica, którą znaleźli poprzedni wolontariusze. 

Kocica

Z kocicą od początku sprawa nie wyglądała różowo. Dlaczego? Ponieważ to mały kociak, który potrzebuje mnóstwo uwagi i czasu. Wszystko jest fajnie, kiedy my się nią zajmujemy, ale kiedy wyjedziemy? Nowi managerowie przyjeżdżają za dwa tygodnie i nie są podobno fanami kotów. Właściciele w ciągu ostatniego miesiąca spędzili w hotelu cztery dni i tylko raz wyrazili zainteresowanie kotem. Wydało nam się więc idealnym pomysłem, kiedy poprzedni wolontariusze napisali do nas z informacją, że chcą kocicę adoptować. Miałaby lecieć do Francji.

Wspólnie opracowaliśmy plan. Z pomocą przyszła nam klientka hotelu, gotowa znaleźć tymczasowy dom potrzebny na okres szczepień. Znaleźliśmy też klinikę weterynaryjną, która miała przygotować kocicę do drogi. Niestety właścicielka hotelu powiedziała stanowcze nie. Wredna zołza, która nie myśli o niczym innym jak o końcu własnego spłaszczonego nosa. Kocica pasuje do jej słodkiej wizji hotelu. Czy jest coś lepszego niż śliczny mały kociak, którego można pokazać gościom? Tylko, że niestety zwierzęta mają tą wadę, że:

  1. nie są zabawkami
  2. rosną i z małych słodkich kotków stają się dorosłymi kotami. 

Na nic zdały się nasze argumenty. Kocica zostaje i koniec. Cały plan poszedł w diabły. A nam skończyły się opcje. Pozostaje nam mieć nadzieję, że właściciele poczują się jednak do obowiązku i zajmą kocicą jak trzeba, choć nie ukrywam, że mam poważne wątpliwości. Bardziej realistyczny wydaje mi się scenariusz adopcji przez Irmę, pracownicę hotelu – niesamowitą kobietę od wszystkiego, która, choć ma alergię na koty, w domu ma ich trzy. Kot numer cztery nie zrobiłby jej różnicy… 

Właściciele, niech was szlag trafi!

Właściciele… ech… napsuli nam krwi. Na początku wydawali się bardzo sympatyczni, choć przerażał nas nieco panujący w ich domu bałagan, a także totalne uzależnienie od komputera, telefonu i telewizora. I to nie tylko ich, ale również ich 7-letniego syna. Przez tydzień, który spędziliśmy razem w Tbilisi, rodzina nie robiła w zasadzie nic poza spędzaniem czasu przed wyświetlaczem/monitorem/ekranem.

Wcześniej pracowali jako nauczyciele wf-u w prywatnej szkole, teraz „zajmują się” tylko hotelem. Zajmują, czyli przekazują wszystko innym, sami umywając ręce od podejmowania decyzji. A hotel nie jest ukończony i raczej nie zbuduje się sam… Nie ma recepcji, nie ma restauracji. Wszystko funkcjonuje na pół gwizdka z pomocą miejscowego obrotnego gościa, który próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej – prosta sprawa z takimi właścicielami.

glamping w gruzji

Stopień ich zlewactwa poznawaliśmy stopniowo na miejscu, a apogeum nastąpiło kiedy miejscowy obrotny gość zginął w wypadku samochodowym. Tragedia, która wstrząsnęła całym mikro światem. Okazało się bowiem, że właściciele nie mają pojęcia o niczym. Nie znają nawet numerów telefonu do swoich pracowników. Ba, odnieśliśmy wrażenie, że nie chcą się z nimi kontaktować, woląc korzystać z usług dziwnych pośredników, których nikt nie zna. Dochodziło do sytuacji tak paradoksalnych, że nie wiedzieliśmy czy śmiać się czy płakać. Rozsypał się system rezerwacji, szlag trafił dostawy produktów spożywczych, drewna. Nie miał kto robić prania, okazało się, że nie mamy wystarczającej liczby prześcieradeł i ręczników. Chaos. 

Udało się zapanować nad wszystkim, bo zespół stanął na wysokości zadania, choć właściciele zlali każdy z problemów. Ten zespół, który miał być leniwy i głupi. Hotel działał nadal i właśnie dla nich – dla ludzi z wioski – zostaliśmy kiedy nie marzyliśmy o niczym innym jak o rzuceniu wszystkiego w cholerę. I razem – w pięć osób – ciągnęliśmy w szczycie sezonu robiąc rzeczy niemożliwe. Na przykład przygotowując kolację dla dwunastu osób w kuchni, która składa się z dwóch elektrycznych palników, stołu skleconego z kilku desek i jednego ostrego noża (!!!). Każdy z klientów opuszczał hotel z bananem na twarzy, dziękując za wszystko, a właściciele (będący na wakacjach w Hiszpanii) nie byli nawet zainteresowani jak nam się wiedzie. I teraz zgrzytam zębami kiedy o tym myślę…

Zespół

Zespół, czyli te kilka osób z pobliskiej wioski, skradło nasze serca. Ludzie prości z sercem na dłoni – serdeczni i otwarci, choć wszystko przychodziło z czasem. Na początku czuliśmy, że się nas boją; nie wiedzą czego się po nas spodziewać. I zachowywali dystans. Podglądali. Testowali i sprawdzali. A jednak wystarczyło kilka dni wspólnej pracy i tragedia, która wstrząsnęła nami wszystkimi aby stać się zgranym zespołem.

Po kilka dniach każdy wiedział co ma robić, nie musieliśmy o nic prosić ani niczego wymagać. Niepotrzebne okazały się groźby ani specjalne formularze, w których mieliśmy oceniać jakość ich pracy. Każdy wywiązywał się ze swoich obowiązków. Mieszanką prostego rosyjskiego i gestów poznawaliśmy ich bolączki i troski. Zostaliśmy zaproszeni do domu, spróbowaliśmy pysznych gruzińskich dań, objedliśmy się pomidorami prosto z krzaka i kilogramami winogron, fig i gruszek. I to wszystko w cztery tygodnie i choć na początku była między nami ogromna bariera: my – szefowie i oni – podwładni. 

glamping w gruzji
Salon, który zmontowaliśmy w pobliżu „kuchni”. Miejsce integracji i odpoczynku
glamping w gruzji
Pobliska wioska. Zielono!

Opuściliśmy wioskę i hotel smutni, bo po raz kolejny zostawiliśmy za sobą ludzi, którzy stali się przyjaciółmi i cudowną kocicę. Wyjechaliśmy również zniesmaczeni, bo właściciele nie powiedzieli nam nawet „dziękuję”. Zniesmaczeni, bo dysproporcje między zarobkami pracowników a zyskami, które czerpią właściciele są ogromne, bo ignorancja właścicieli, ich arogancja i tumiwisizm są jednymi z największych jakie dane mi było zobaczyć w życiu. Ale z każdego doświadczenia wyciągamy naukę. Udowodniliśmy sobie, że jesteśmy w stanie prowadzić hotel i to w sposób etyczny. 

 Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has 0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »