skip to Main Content
Pamir Highway Autostopem: Z Chorog Do Aliczur

Pamir Highway autostopem: z Chorog do Aliczur

print
Choć Korytarz Wachański okazał się autostopowo-pieszą bułką z masłem, jesteśmy pełni obaw jak pójdzie nam z właściwą Szosą Pamirską. Pamir Highway autostopem to inna para kaloszy. Z tego, co udało nam się wyczytać, samochodów jest niewiele, a większość z nich to kirgiskie jeepy z turystami, na które nie mamy co liczyć. 

Pamir Highway autostopem: wyjazd z Chorog

Dopakowujemy plecaki i ruszamy z samego rana na rogatki Chorog. Musimy dostać się do Biturd, gdzie znajduje się wojskowy punkt kontrolny ciężarówek. Liczymy właśnie na tadżycką ciężarówkę jadącą do Kaszgaru w Chinach. Od początku sprzyja nam szczęście. Z centrum łapiemy marszrutkę do granic miasta, a stamtąd zaczynamy 3-kilometrowy spacer do Biturd. Nie idziemy nawet 10 minut kiedy zatrzymuje się pierwszy samochód. Jedzie do Biturd. Rewelacja! Wskakujemy. Kierowca nie chce przyjąć ani grosza… 

W Biturd witają nas sympatyczni wojskowi. Zapraszają na śniadanie, wskazują na dwie czekające ciężarówki (kierowcy podobno jeszcze śpią w środku) i obiecują, że załatwią nam transport. Rzeczywiście. Kiedy tylko ciężarówki odpalają silnik, wojskowi stają w blokach startowych. Uzgadniają wszystko w naszym imieniu i po chwili siedzimy w ciężarówce Saifullo, który jedzie z kolegą (w grupie dwóch samochodów zawsze raźniej) do Kaszgaru. Oczywiście podrzucą nas do Aliczur. Przed nami blisko 200 km powolnej jazdy pod górę. Cieszymy się, bo żółwie tempo umożliwi nam przyjrzenie się wszystkiemu bez pośpiechu. Nie spodziewamy się jednak, że do Aliczur dojedziemy prawie o zmroku i po dniu pełnym przygód… Witajcie na Pamir Highway w wersji ciężarówkowej!

Koniec asfaltu i początek przygód

Asfalt towarzyszy nam tylko kilka kilometrów, potem zaczynają się wertepy. Jedziemy powoli do góry. Mijamy mniejsze i większe wioski. Na mapie czytam nazwy: Rozh, Tang, Sizhd, Debasta, Ver, Goz, Oqmamad, ale za szybą czasami widzę tylko stary dom w oddali. W niektórych owsze toczy się życie. Sklepik dla podróżnych, ławka przy źródle wody, biegające za piłką dzieciaki i wszechobecne krowy. 

Po chwili docieramy do pięknej doliny. Saifullo wskazuje ręką na widoczną nad nami przełęcz i opowiada, że żyją tam kirgiscy pasterze. Kiedy słuchamy jego opowieści, nagle coś wybucha. Okazuje się, że eksplodowała jedna z opon. Wymiana trwa blisko godzinę, a towarzyszy nam dwóch chłopców z pobliskiej wioski, którzy wybrali się na ryby. Victor z Saifullo wymieniają oponę, a ja zwiedzam okolicę z małymi przewodnikami. Pokazują mi, że wszędzie dookoła znajdują się małe jeziorka z krystaliczną wodą. Lodowatą! 

Pamir Highway autostopem

Drugie śniadanie

Nie ujeżdżamy pół godziny i robimy przerwę na drugie śniadanie. Rozpadający się budynek nie nastraja pozytywnie, ale najwyraźniej miejsce musi być rewelacyjne, bo zatrzymują się tutaj wszyscy. Rzeczywiście. Jedzenie jest tanie i palce lizać. Polecamy zanim przekształci się w restaurację z pełnego zdarzenia (budynek już powstaje po drugiej stronie drogi). 


Nic nie zapowiada, że za kilka kilometrów będzie otaczało nas pamirskie pustkowie. Na razie wszędzie widać zielone łąki pełne kwiatów i wzburzoną rzekę. Trzydzieści kilometrów przed Jelondy nadchodzi jednak nieuniknione. Jesteśmy wyżej. Słońce schowało się za chmurami, spadła też temperatura. Krajobraz zmienił się o 180 stopni. Otaczają nas góry. Nie ma już zieleni, zastąpiła ją mieszanka szarości i brązu. Jest bardzo tajemniczo, co potęguje wrażenie izolacji i osamotnienia. 

Jelondy

Kiedy pojawiają się pierwsze zabudowania Jelondy, nie mogę przestać się zastanawiać jak trudne musi być tutaj życie szczególnie zimą. Osiem kilometrów przed uzdrowiskiem robimy kolejny postój. Tym razem Saifullo z przyjacielem idą do bani. Całe Jelondy znajduje się nad gorącymi siarkowymi źródłami. W powietrzu unosi się aromat zgniłych jaj, a spod kamieni wypływa wrząca woda. 

Zatrzymujemy się przy niepozornym domu. Saifullo na migi pokazuje, że on i jego przyjaciel będą się kąpać. Okazuje się, że przy niektórych domach właściciele zbudowali banie otwarte dla podróżnych. Ta, przy której się zatrzymaliśmy to jeden budynek z niewielkim basenem. Kobiety i mężczyźni kąpią się osobno. Panowie muszą poczekać, bo akurat kąpiel biorą panie. Przyjemność kosztuje 1 somoni. Saifullo wyjaśnia, że zawsze się tu zatrzymuje i usilnie nas zaprasza, ale wolimy porozmawiać z właścicielem i przejść się po okolicy. 

Okolica jest niezwykle malownicza, choć przerażająco jałowa. Spadek temperatury jest odczuwalny podobnie jak wzrost wysokości. Zapominam o tym kiedy próbuje szybko wspiąć się na pobliskie wzgórze, żeby zrobić zdjęcia. Momentalnie odczuwam rozrzedzone powietrze. Muszę zwolnić i dopasować krok do warunków. Na horyzoncie kłębią się chmury, słońce próbuje się przez nie przebić, ale bez większego efektu. Rozcieram zmarznięte palce i co chwilę naciskam spust migawki. Niby nie ma czego fotografować, a nie mogę przestać robić zdjęć. Fascynuje mnie ten krajobraz. Prawie księżycowy. W zasadzie nie ma tu roślin poza rachitycznymi i niezwykle ostrymi krzakami, które na pierwsze rzut oka przypominają coś na kształt trawy. Jesteśmy na wysokości 3500 metrów i zamiast strzelistych szczytów górskich otaczają mnie wzgórza, niektóre białe – pokryte śniegiem, inne brązowo-szare. Jedyne co potwierdza, że w tym nieprzyjaznym miejscu toczy się życie jest dym z komina widoczny za wzgórzem.

Pamir Highway autostopem

Pamir Highway autostopem

Kiedy wracam w kierunku samochodu widzę, że Victor rozmawia z właścicielem bani, trzydziestokilkuletnim elektrykiem. Mieszka tu z żoną, która pochodzi z pobliskiej doliny Shokhdara i poza banią prowadzą też mały zajazd z czajchaną. W czasie wolnej naprawia samochody. W tej chwili pracuje nad starym amerykańskim chryslerem. Pokazuje nam przejeżdżającą akurat koparkę.

Jedzie z Kaszgaru. Powoli, ale do przodu. Za dwa dni dojedzie do Chorog, kilka kolejnych i Duszanbe. 

Nie mogę uwierzyć! Nie palują koparek na ciężarówki, ale pokonują nimi długą drogę z chińskiego Kaszgaru do Duszanbe. Pierwszy szok powoli mija i zaczynam się nad tym zastanawiać. Saifullo swoją pustą ciężarówką rzadko jechał szybciej niż 30 – 40 km/h. Koparka będzie jechała w granicach 20 km/h. Nie ma aż tak dużej różnicy. Żal mi tylko kierowcy. Nie ma do swojej dyspozycji wygodnego wnętrza ciężarówki. Jedzie sam, nie może liczyć na pomoc drugiego kierowcy ani na jego towarzystwo. Nie ma też wygodnej szoferki ani szerokiego łóżka. Stara się jak najszybciej przejechać przez najzimniejszy odcinek – z Aliczur do Jelondy. Potem będzie lepiej…

Siadamy w jadalni dla gości i sączymy herbatę. Właściciel opowiada, że przez dwa lata pracował w Rosji jako elektryk i zarobił na zajazd i banię. Sam jest z doliny Bartang i tam mieszkają jego rodzice. Powoli rozważa powrót w rodzinne strony, bo biznes w Jelondy nie przynosi takich zysków na jakie liczył, a warunki są bardzo trudne. Nawet latem jest zimno, a zimą zamarza prawie wszystko… W dodatku zajmuje się dziećmi jednego z braci, który wyjechał do Rosji za chlebem. Przydałabym się pomoc matki. 

Saifullo wraca wniebowzięty. Na policzkach ma rumieńce, a uśmiech od ucha do ucha. Jedziemy dalej – do Jelondy! Przez osiem kilometrów jedyne co się zmienia to ilość domów – jest ich coraz więcej, ale wszystkie robią dość przygnębiające wrażenie. Niektóre z nich są opuszczone, w innych z braku pieniędzy nie ma okien, tylko dykty i plastikowe płachty. Jelondy jest pięknie położone, ale to nic więcej nad pozostawione samo sobie stare sanatorium, które gnije w oczach. Jak na warunki pamirskie, mieszka tu sporo osób. Jest chyba i szkoła. Myślałam, żeby się zatrzymać, ale smutny widok tego miasteczka powoduje, że jedziemy dalej. 

Pamir Highway autostopem

Z Duszanbe do Kaszgaru

Kąpiel w siarkowych źródłach zdziałała cuda. Saifullo wyraźnie się pobudził. Czystą szmatką przeciera podłogę szoferki. Spryskuje tapicerkę. Poprawie termos i kubki. Jesteśmy gotowi do drogi. 

Mam 46 lat – opowiada – i od 8 lat jeżdżę z Duszanbe do Chin. Przez 2 lata pracowałem w Moskwie, a wcześniej jeździłem na autobusie i starym kamazie. Lubię tą pracę. Kocham mój samochód. Znam tu wszystkie dziury i wertepy. Ile razy pokonałem tą trasę? Nie wiem… 200? 300?

Saifullo jest niezwykle drobny. Przez całą drogę prawie nie je. Poza zupą, na którą go zaprosiliśmy na początku drogi, nie jadł nic poza kilkoma ciastkami. Tłumaczy, że generalnie je bardzo mało, bo nie lubi jeździć z pełnym brzuchem. Zje wieczorem, kiedy zatrzymają się na nocny odpoczynek w Aliczur. Ciągle za to pije. Herbatę z termosu i kawę na każdym przystanku. Zastanawiam się czy coś jest go wstanie wyprowadzić z równowagi. Naprawdę mamy szczęście. Trafił nam się niezwykle spokojny i zrównoważony kierowca. 

Nie ma się co spieszyć. Zawsze mamy dodatkowy dzień z kolegą. Wolimy jechać wolniej, ale dojechać. Mam czwórkę dzieci. Muszę o nich myśleć…

Pamirskie pustkowie

Droga do Jelondy prowadziła przez pustkowie. Sądziłam tak, bo nie widziałam drogi z Jelondy do Aliczur. Jest spektakularnie. Wspinamy się jeszcze wyżej. Przekraczamy 4000 metrów, a widoki po prostu zwalają z nóg. Pojawia się woda, rachityczna, ale zielona trawa. W oddali widać pasterzy ze stadami kóz i owiec i poza pojedynczymi domami jest to jedyny przejaw życia. Poza tym nie ma nic – góry w czystej postaci i wysokogórska pustynia. Krajobraz prawie księżycowy. To, co widzę tutaj przypomina mi Ladakh. Tylko niebo nie jest turkusowe. Zasłaniają je dramatyczne chmury. Zastanawiamy się czy wjeżdżamy w burzę. Mamy szczęście, chmury się oddalają i po chwili nieśmiało zaczyna wyglądać zachodzące słońce. Wszystko mi jedno, że rzuca nami po całej szoferce. Nawet przez ufajdaną szybę samochodu cykam jedno zdjęcie za drugim. Nie mogę się pohamować. Jest tak pięknie, że aż boli…

Pamir Highway autostopem

Pamir Highway autostopem

Pamir Highway autostopem

Kiedy na horyzoncie pojawiają się słone jeziora, wiem, że zbliżamy się do odbicia na Langar i Bulunkul. Cieszę się jednak, że pomimo ostrzeżeń o nudzie i mało ciekawej drodze, wybraliśmy wariant przez Jelondy. W Pamirze, jak w Ladakhu, nie ma nudy. 

Słońce chowa się za horyzontem kiedy pojawiają się pierwsze zabudowania Aliczur. Odnoszę wrażenie, że jesteśmy na końcu świata. Jedynym przejawem „cywilizacji” są słupy wysokiego napięcia. Wszyscy mówili nam, że nie mamy co liczyć na prąd w Aliczur, a tu stoją przede mną strzeliste słupy! Dziwię się jednak, że otacza mnie ciemność. Dopiero po chwili zauważam, że słupy, owszem, są. Nie są jednak w żaden sposób podłączone do domów. Kable zwisają luźno i łopoczą na wietrze. 

Żegnamy się z Saifullo i ze smutkiem odrzucamy jego propozycję, żeby spać w szoferce, a jutro dojechać z nimi do Murgab. Od razu kierujemy się do poleconego nam przez znajomych guesthousu. Niewiele widać. Robi się całkiem ciemno, więc zwiedzanie Aliczur zostawiamy na jutro. 

Na razie trawimy szczęście, jakie mieliśmy w naszej dzisiejszej podróży. Autostop i Pamir Highway okazały się niezłym połączeniem 😉

 Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back To Top