skip to Main Content
Gdzie Zobaczyć Koale I Kangury W Perth? Caversham Kontra Yanchep

Gdzie zobaczyć koale i kangury w Perth? Caversham kontra Yanchep

– Koniecznie musisz zabrać rodziców do Caversham Wildlife Park – usłyszałam, kiedy szukałam wśród znajomych inspiracji na temat miejsc, do których warto zabrać mamę i tatę kiedy przylecą do Perth. Wszyscy byli zgodni, że Caversham Wildlife Park to strzał w dziesiątkę. To tutaj można zobaczyć słodkie misie koala, włochate wombaty czy podskakujące kangury. W dodatku znajduje się zaledwie ok. 20 minut jazdy z centrum Perth.

Już na wstępie Caversham strzela po gębie. 29 dolarów za osobę (blisko 80 zł) to sporo nawet jak na warunki australijskie. Przełknęliśmy jednak równowartość kilku godzin pracy i uzbrojeni w mapkę i godzinową rozpiskę przedstawień (!) przekroczyliśmy bramę wejściową.

Caversham Wildlife Park – życie w klatce

Idąc po idealnie wytyczonych ścieżkach czuliśmy na sobie wzrok ptaków. Zamknięte w klatkach spoglądały na nas ze smutkiem i zazdrością. Kiedy doszliśmy do wybiegu dla kangurów, myślałam, że biorę udział w jakimś kiepskim skeczu. Stłoczone na kilkuset metrach kwadratowych kangury otoczone były ze wszystkich stron ludźmi. Rozkrzyczane dzieci biegały dookoła, starając się złapać małe kangury. Dorośli wysupływali ostatnie drobne z kieszeni, żeby kupić kangurzą karmę i dokarmiać z ręki, robiąc przy okazji setki zdjęć. Strażnicy chodzili dookoła próbując zapanować nad ogólnym chaosem, jednak bez realnych rezultatów. Australijska polityczna poprawność, która uniemożliwia zwrócenie uwagi. Nie pomagały również rozstawione co krok znaki zabraniające biegania i krzyczenia. Zrobiliśmy kilka zdjęć, patrząc się na siebie z niedowierzaniem. To jest to słynne miejsce, do którego TRZEBA przyjechać, żeby zobaczyć kangury w Perth? Hit tripadvisora szczycący się super opiniami w google? Czy ludzi opanowała jakaś masowa choroba obojętności? To tutaj chroni się zwierzęta? 

Pomyślałam, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie. Podeszłam do jednej ze strażniczek i zapytałam skąd pochodzą te wszystkie kangury. Naiwnie liczyłam, że są to osobniki uratowane. Codziennie na australijskich drogach giną setki jeśli nie tysiące kangurów. Często samochód zabija matkę, pozostawiając przy życiu małego joey’a (tak nazywają się małe kangurki). Obowiązkiem kierowcy jest sprawdzenie czy w worku nie znajduje się maluch i jeśli worek nie będzie pusty, małego joey’a trzeba zawieść do najbliższego miasta bądź miasteczka, gdzie znajduje się tzw. „nursery” czyli punkt, w którym udziela się pomocy poszkodowanym dzikim zwierzętom. Tyle teorii. Łatwo wyobrazić sobie, że praktyka jest zupełnie inna.

Wracając do Caversham, jakie było moje zaskoczenie kiedy strażniczka powiedziała mi, że tylko kilka kangurów to osobniki uratowane z wypadków drogowych. Reszta została albo złapana albo urodziła się w niewoli. Moja nadzieja zgasła, a w głowie zaświtał pomysł, że Carversham nic innego jak rewelacyjna maszynka do robienia pieniędzy a my wpadliśmy jak śliwki w kompot.

Stłoczone kangury w Caversham Wildlife Park

Wombaty i przyjaciele

Potem miało być już tylko gorzej. O 11 miał się bowiem rozpocząć show pod przerażającym tytułem „Poznaj wombaty i przyjaciół”. Oprócz nas przed zamkniętą bramą czekały dziesiątki osób. Wycieczki szkolne, rodziny z dziećmi, azjatyccy turyści uzbrojeni w najnowsze aparaty i kamery. O 10:40 zaczęła się formować kolejka. Dookoła nas znajdowały się klatki. W jednej z nich znajdowały się gigantyczne nietoperze. Początkowo spokojne, w obliczu krzyków, śmiechów i strzelających lamp błyskowych, zaczęły między sobą walczyć. Obok zdenerwowane ptaki nie wiedziały co się dzieje i rozpaczliwie wyglądały przez kraty. A my siedzieliśmy w oczekiwaniu na poznanie wombatów i nie przestawaliśmy zadawać sobie pytania „co my tutaj kurde robimy???”. Kiedy punktualnie o 11 poinformowano przez głośniki (oczywiście mając na uwadze spokój nietoperzy i ptaków), że show zaraz się zacznie mieliśmy wątpliwości – zostać czy uciekać gdzie pieprz rośnie? Postanowiliśmy wejść.

kangury w perth

Nietoperze w klatce

kangury w perth

Tłum czekający na poznanie wombatów i przyjaciół

Niesmak to delikatne określenie tego, co poczuliśmy. Na specjalnie zbudowanym podeście przygotowano dwa stanowiska. Na każdym z nich siedział strażnik i trzymał w rękach wombata. Obok siadał odwiedzający i mógł głaskać zwierzę kiedy inna osoba robiła im zdjęcia. Wszystko to po odstaniu swojego w kolejce. Zwierzę traktowano jak przedmiot – pogłaskać, cyknąć zdjęcie i wyjść. Hałas, krzyk, śmiech i dzikie tłumy. Popatrzyliśmy po sobie i szybko wyszliśmy.

kangury w perth

Tłum czekający na swoją kolej, żeby pogłaskać wombata i zrobić sobie z nim zdjęcie

Misie koala na sztucznych drzewach

Na naszej rozpisce wyczytaliśmy, że o 11:30 rozpoczyna się analogiczny show z misiami koala, czym prędzej więc pognaliśmy z nadzieją, że zobaczymy je zanim rozpocznie się pożałowania godne przedstawienie. Jakie było nasze zaskoczenie kiedy zobaczyliśmy w jakich warunkach „mieszkają” koale. Zamiast na wysokich drzewach, koale siedzą w przeszklonych boksach na sztucznych gałęziach. O 11 nie śpią, bo czekają na przedstawienie. Dodam, że koale to zwierzęta nocne. W ciągu dnia głównie śpią, ale nie w Caversham. W Caversham muszą pracować. Kiedy rozpoczyna się przedstawienie (które zresztą ma miejsce kilka razy dziennie, podobnie jak spotkanie z wombatami), układa się je na sztucznym pniu w budkach przypominających te do robienia zdjęć. Z jednej strony pnia (i misia koala) ustawia się strażnik, z drugiej odwiedzający. Kolejka regulowana jest specjalnymi separatorami, takimi, jakich używa się na lotniskach podczas odprawy.

W zasadzie uciekliśmy z Caversham Wildlife Park. Nie mogliśmy sobie darować, że bezpośrednio dorzuciliśmy się do tego pożałowania godnego biznesu. Szukając wytłumaczenia dla własnej ignorancji przeczytałam od deski do deski stronę parku. Starałam się znaleźć informacje na temat realnej ochrony zwierząt. Chciałam się dowiedzieć na co przeznaczane są grube tysiące dolarów z biletów wstępu. Nie znalazłam nic poza długą listą darczyńców i informacją na temat tego, że misją parku jest pokazanie zwierząt Australijczykom, co z kolei ma przyczynić się do uświadomienia trudnej sytuacji niektórych zagrożonych gatunków. Jaka jest ta trudna sytuacja? Tego pracownicy Caversham nie wyjaśniają. Wyjaśniają natomiast, że można zrezygnować z plastikowych toreb i odwiedzić Caversham… A najlepiej poza biletem wstępu zrzucić się na darowiznę, za którą park będzie dozgonnie wdzięczny. Oczywiście. Od razu poczułam się lepiej.

Park Narodowy Yanchep

Żeby nie być jednak tylko wredną i krytycznie nastawioną do świata Polką, nierozumiejącą australijskiego podejścia do pomagania innym, po traumatycznej wizycie w Caversham, zapraszam cię do parku narodowego Yanchep, gdzie mieszkające na drzewach koale nie są odgrodzone przeszklonymi ekranami, a kangury swobodnie skaczą po ogromnej przestrzeni parku albo wygrzewają się na słońcu mając za nic przechodzących koło nich turystów.

To zupełnie inne spojrzenie na zwierzęta. To też podlegający państwu park narodowy, a nie prywatnie zarządzany Caversham.

Wyobraź sobie niewielkie jezioro, którego brzegi porośnięte są bujną, podmokłą roślinnością. Wytchnienie od słońca dają wysokie drzewa, rzucające cudowny cień. Nad głowami przelatują klucze ptaków: śpiewających różnokolorowych papug, krzyczących kakadu i zawodzących jak dzieci magpies. Po równo przyciętej trawie dostojnie spacerują kaczki, zupełnie nie zwracając uwagi na licznych odwiedzających. Czujesz, że jesteś na terenie należącym do zwierząt i starasz się to uszanować.

Park narodowy Yanchep

Kaczuchy nie wymiękają!

Ptaki na drzewie, nie w klatce!

Spacerujesz tam, gdzie ci się podoba. Nie ma wyznaczonych deptaków, ścieżek ani oszklonych boksów. Są za to ławki, stoły i darmowe grille. A okolica zamieszkała jest przez tabuny rozleniwionych kangurów. Możesz je podglądać, choć pewnie jeśli się zbliżysz, spojrzą się na ciebie oburzone i odskoczą kilka metrów dalej. W końcu szanują swoją prywatność.

Jestem leniuszkiem i właśnie znalazłem super miejscówkę na drzemkę!

W parku narodowym Yanchep możesz również zobaczyć koale. Mieszkają na wysokich eukaliptusach, odgrodzone od wścibskich kangurów metalowym odgrodzeniem. Ogrodzenie spełnia jedną funkcję – chroni delikatne rośliny (nie koale) przed kangurami. Dlaczego? Bo roos (jak nazywa się je w Australii) są strasznymi żarłokami, a szczególnie upodobały sobie nie nadgryzione przez nikogo rośliny. Świeże liście eukaliptusa, którymi karmione są koale, byłyby dla nich przysmakiem podobnie jak kwiaty i krzewy, którymi porośnięty jest śliczny ogród dookoła koalowego deptaka.

Chcesz zobaczyć koale? Masz do dyspozycji specjalny drewniany pomost, który meandruje między majestatycznymi eukaliptusami. Całkowicie zrelaksowane koale śpią wysoko na drzewach, zupełnie ignorując podekscytowanych odwiedzających. Niektóre schodzą trochę niżej, bo znalazły akurat wyjątkowo wygodną gałąź. Czasami możesz mieć wyjątkowego farta i trafisz na głodnego misia. Czasami pracownicy parku specjalnie wynoszą świeżutki liście, ale koale nie zawsze są zainteresowane. Tak czy inaczej zobaczenie tych włochatych kulek zawieszonych gdzieś wysoko w drzewach robi wrażenie. I nikt nie zmusza ich do pozowania ani nie trzyma w oszklonych boksach.

Szczęśliwy miś koala – drzemka gdzieś wysoko na drzewie

I głodny miś koala. Zejście zajęło mu dobre kilka minut. Widać miał dylemat – spać dalej czy jeść?

Jeśli zatem trafisz do Zachodniej Australii i będziesz chciał zobaczyć kangury i koale w Perth, nie daj nabrać się na Caversham Wildlife Park. Postaw na park narodowy Yanchep. Zaoszczędzisz pieniądze i unikniesz moralnego kaca.


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe.

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉
This Post Has 2 Comments
  1. to straszne, co piszesz o tym pierwszym parku. spodziewałabym się czegoś takiego po azjatyckich przybytkach, ale nie po australijskich! jeśli nawet w takim kraju tak luźno podchodzi się do praw zwierząt, to znaczy, że wszyscy mamy ogromny problem.
    a najgorsze jest to, że tysiące ludzi odwiedzają takie miejsca i nawet przez myśl im nie przejdzie, że przyczyniają się do cierpienia zwierząt. cieszą się tylko, że mają zdjęcie z koalą.
    świadomość ludzi w tych kwestiach jest na naprawdę skandalicznym poziomie i zapewne minie jeszcze mnóstwo czasu, zanim się to zmieni.

    my osobiście zrezygnowaliśmy ze wszelkich „atrakcji”, które wiążą się z bezpośrednim kontaktem ze zwierzętami. a po tym, co zobaczyliśmy w jednym z chińskich zoo, do tego typu miejsc też nie będziemy już chodzić.

    1. Gosiu, pamiętam Wasz tekst o chińskim zoo. My też zrezygnowaliśmy np. z pand w Chengdu. Ale o Caversham nasłuchaliśmy się tyle dobrego, że spodziewaliśmy się najlepszego. Serio, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. A najgorsze jest to, że jeśli ich wygooglujesz to wyskakują same ochy i achy. Certyfikat doskonałości trip advisora, rewelacyjne opinie na TA, google+ i FB. Tylko warto przeczytać te opinie… Wszystkie są w stylu: „super, mogłam pogłaskać wombata”, „jej, zrobiłem sobie zdjęcia z koalą”. Strasznie smutne to 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »
Back To Top