10 rzeczy, dzięki którym Australia może się podobać
Victor powiedział mi ostatnio, że ciągle narzekam na Australię. Pewnie coś w tym jest. Świerzbi mnie, żeby ruszyć dalej. I rzeczywiście, w kolejce czeka post o tym, co mnie w kangurolandii rozczarowało, ale żeby nie być totalną zrzędą, pod wpływem chwili zebrałam do kupy 10 rzeczy, które podobają mi się w Perth. Zaczynamy?
Zarobki
Zacznę od tego, co oczywiste i co przyciąga do kangurolandii jak magnez. Jeśli nie boisz się ciężkiej pracy, a chcesz zarobić, Australia to miejsce dla ciebie. Minimalna stawka godzinowa to 20 australijskich dolarów. To oficjalne minimum, choć niestety wraz z rosnącą liczbą imigrantów i backpackersów, coraz częściej na rynku pracy pojawiają się oferty pracy i za $15 za godzinę. Mam tutaj oczywiście na myśli pracę typu „casual”, czyli dorywczą w ramach własnej działalności gospodarczej lub umowy typu „casual employment”. Łatwo można przekalkulować ile możemy zarobić, ale trzeba być świadomym, że nie jest to stała praca. Będą bardzo chude tygodnie, kiedy zleceń po prostu nie ma i będą takie, że będziemy padać na paszczę ze zmęczenia. Jak na karuzeli. Taka specyfika pracy casual.

Zarobki vs koszty życia
Łatwo zachłysnąć się szalonymi wypłatami, ale trzeba też wiedzieć ile przyjdzie wydać, żeby przeżyć. I tutaj Australia bije wiele krajów na głowę. Jeśli jesteś, tak jak my, gotowa/y, żeby żyć skromnie, nie jadać na mieście, robić przemyślane zakupy i raczej odmawiać sobie kaprysów, będziesz w stanie żyć wygodnie. O tym ile zarabiamy i ile wydajemy, pisałam szczegółowo tutaj.
Generalnie nawet pracując dorywczo i płacąc kupę kasy za szkołę, jesteśmy w stanie oszczędzić. Co prawda nie tyle ile zamierzaliśmy, ale jednak. I to szalenie podoba mi się w tym kraju. Nawet pracując w zwykłym supermarkecie na kasie za minimalną stawkę 20 dolarów za godzinę, jesteś w stanie żyć godnie. Nie zabraknie na czynsz, na jedzenie, a czasami nawet wystarczy na drobne kaprysy.
Słońce i ocean
Mieszkamy w Perth, mieście, które szczyci się największą liczbą słonecznych dni w roku. Być może wybrałam zły moment, żeby pisać o słońcu, bo za oknem ołowiane chmury, hula porywisty wiatr, a z nieba chyba zaraz spadnie potop, ale w końcu jest środek jesieni, a dni deszczowych mieliśmy do tej pory dosłownie kilka, zatem nie mogę narzekać. Słońca jest tutaj naprawdę dużo. Błękitne niebo i bliskość oceanu działają na mnie motywująco i energetyzująco. Choć nigdy nie byłam wielką fanką plaży, kiedy wyjeżdżam z centrum i nagle otwiera się przede mną bezkres oceanu, jestem szczęśliwa. Plaż w Perth jest wiele – każdy znajdzie coś dla siebie.
Infrastruktura
Plaże to jedno, a infrastruktura, która je otacza to drugie. Prysznice, toalety, ławki, stoły, darmowe grille. Parki z równo przystrzyżoną, miękką trawą. Ścieżki rowerowe, ścieżki piesze. Wspomniałam o darmowych grillach? Te znajdują się nie tylko na plaży, ale też nad rzeką i w parkach. Najbliższe grill mamy 3 minuty od naszego domu w środku miasta…

Stosunek Australijczyków do psów i kotów
Australijczycy bardzo poważnie podchodzą do posiadania psa czy kota w domu. Zwierzę staje się równoprawnym członkiem rodziny. Bardzo często to właśnie psu będzie podporządkowany rytm życia. Długie spacery, wycieczki do parku, nad rzekę czy na psie plaże. Zresztą psia infrastruktura jest bardzo rozwinięta w Australii. Właściciele psów mają do dyspozycji ogromne parki i boiska, wydzielone brzegi rzeki Swan, a nawet plaże, przy których stoją miski ze świeżą wodą dla czworonogów i pojemniki z torebkami na śmierdzące niespodzianki. Ponieważ opieka weterynarza jest bardzo droga, na porządku dziennym są psie i kocie ubezpieczenia a nawet weterynaryjne pakiety w stylu naszego medicoveru czy luxmedu. Bardzo podoba mi się odpowiedzialność, z jaką Australijczycy podchodzą do posiadania zwierząt w domu. Tym bardziej zdziwiłam się kiedy doświadczyłam zwierzęcego cyrku w Caversham Wildlife Park.

Uśmiech
Choć czasami wkurza mnie powierzchowność australijskiego uśmiechu, to jednak muszę przyznać, że lepsze to od gradowej miny. Mieszkańcy kangurolandii są ogromnie życzliwi. Nieważne czy jesteś w sklepie, na stacji benzynowej, urzędzie czy na poczcie. Każdy zawsze znajdzie chwilę, żeby z uśmiechem zapytać co słychać. I jest to miłe, nie ma co ściemniać, nawet jeśli to tylko pozory i kulturowa okładka.
Czyste miasto
Nie wiem jak oni to robią w Australii. Choć z mojego punktu widzenia jest ogromny deficyt koszy na śmieci w miejscach publicznych, to jednak na ulicach jest czysto. Próżno szukać śmieci, resztek jedzenia, petów czy plastikowych butelek. Segregacja śmieci jest obowiązkowa i działa świetnie.
Zero stresu za kółkiem
Prowadzenie samochodu jest czystą przyjemnością (przynajmniej w Perth). OK, w godzinach szczytu na głównej autostradzie są korki, ale umówmy się, że nie są to korki w naszym rozumieniu tego słowa. W Perth korek oznacza, że robi się gęsto. Trzeba zwolnić, czasami na chwilę zatrzymać, ale generalnie jedziesz powolutku do przodu. Nikt nie trąbi, nie denerwuje się, nie ma wciskania się na chama. Przyznaję, że czasami wychodzę z siebie obserwując brak dynamiki u australijskich kierowców, ale ja z kolei całe życie prowadziłam po Warszawie, więc pośpiech za kółkiem mam we krwi. W Australii skutecznie oduczam się samochodowego stresu i jest super!

Komfort życia
Australijska klasa średnia się nie przepracowuje i żyje bardzo komfortowo. Najpóźniej o godz. 17 wszyscy kończą pracę. Próżno szukać otwartych sklepów (poza niektórymi supermarketami) czy firm. Miasto robi się ciemne i opustoszałe. Pora na kolację w restauracji, popołudniową dawkę joggingu, spacer z psem, oglądanie telewizji w domu czy wizytę w pubie. Weekend z kolei zaczynamy wizytą w kawiarni – kawa i śniadanie z gazetką w ręku to rzecz obowiązkowa (ja również, tylko zamiast czytać i jeść, serwuję i zmywam). Potem plaża, park, przejażdżka na rowerze, wizyta w centrum handlowym, grill. W niedzielę kurczak albo jagnię z piekarnika i chill out. Tak można żyć!


Biblioteki
Są po prostu świetne! Oczywiście za darmo. Aby móc korzystać z Internetu czy czytać na miejscu, wystarczy wejść i usiąść. Wypożyczenie książek i filmów na DVD wiąże się z koniecznością okazania dokumentu potwierdzającego zamieszkanie w rejonie. Może być to wyciąg z banku i jest to chyba najłatwiejsza opcja, bo adres można wpisać samemu w formularzu online. Najnowsze wydania przewodników, bestsellery po angielsku, ale i hiszpańsku, a nawet po polsku – wszystko łatwo dostępne. Rewelacja. Dodam, że nie pamiętam kiedy ostatni raz wyciągnęłam czytnik, chyba w październiku ubiegłego roku 😀

To tyle dobrego z mojej strony. Żeby jednak nie było za różowo, wkrótce napiszę o tym, co mnie rozczarowało i dlaczego chyba jednak nie chciałabym zostać w Australii na stałe.
Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie.
A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe.
Kasia
Ostatnie wpisy Kasia (zobacz wszystkie)
- Islandia. Rozczarowanie i porażka - 30/11/2020
- Tu i teraz (14) Polska 2020: powrót do „normalności” (?!) - 15/11/2020
- Islandzkie wodospady (1) Fitjarfoss, Hraunfossar i Barnafoss - 14/07/2020



Super jak zawsze !
No to czekamy na te minusy teraz 😀
Pzd,
Jarek