skip to Main Content
Uwierająca Australijska Rzeczywistość

Uwierająca australijska rzeczywistość

W Polsce lato za pasem (a w zasadzie chyba już nawet dotarło i to chwilę temu), a w Australii jesień. Jest to tak nienaturalny stan rzeczy, że zupełnie nie mogę się pozbierać (ja, Kasia, bo dla Victora to oczywiście znacznie mniejszy szok klimatyczny ;D). Temperatury w nocy sięgają 5 – 10 stopni, co oznacza, że w naszym nieizolowanym i nieogrzewanym mieszkaniu jest co najwyżej 5 stopni więcej. Jeśli mamy odrobinę szczęścia, w ciągu dnia ogrzewa nas słońce. Jeśli nie (jak miało to miejsce na przykład w ubiegły czwartek kiedy to padało cały dzień), pozostaje marznąć. Pracy ostatnio mniej, więcej zatem czasu spędzamy w domu. Rozgrzewamy się gorącą kawą, czekoladą i herbatą, wysyłając życiorysy na coraz dziwniejsze stanowiska. Może też dlatego australijska rzeczywistość zaczęła mnie ostatnio nieco uwierać.

Rozczarowanie

Tak, chyba można powiedzieć, że Australia mnie rozczarowała. A lekkie uwieranie czułam od dawna, choć ostatnimi tygodniami bardzo się ono nasiliło. Muszę przyznać, że moje oczekiwania były mocno wygórowane.

Oczywiście oczekiwania – zawsze w końcu ktoś albo coś musi być odpowiedzialny za dany stan rzeczy. Winię oczekiwania, bo kiedyś umówiłam się sama ze sobą, że oczekiwaniom mówię stanowcze nie. Chciałam się otworzyć, być jak tabula rasa, chłonąc wszystko jak gdyby każdy nowy kraj był tym pierwszym. Chciałam znaleźć w sobie tą świeżość i (być może?) naiwność. A jednak poległam. Nie tak łatwo wybić sobie z głowy oczekiwania, szczególnie kiedy mówimy o Australii – kraju niesamowitej przestrzeni, oszałamiających widoków, cudownego życia i pieniędzy leżących na ulicy. Wyczuwasz ironię? Jest zamierzona, ale tylko troszeczkę.

Bo Australia jest fantastyczna…

Czy powinnam winić innych za to, że sprzedają wyidealizowany obraz kangurolandii? Chyba nie. W końcu duża ze mnie dziewczynka i wiem, że na wszystko powinno się patrzeć przez palce. Jeśli ktoś ci mówi, że jest idealnie, natychmiast włącz podejrzliwość. Nie ma miejsc idealnych. Wszędzie żyje się czasem lepiej, czasem gorzej. I chociaż moja świadomość takiego stanu rzeczy jest bardzo głęboka, to jednak nie mogę pozbyć się uczucia, że zawiodłam się na Australii. I nie chodzi tu tylko o zmęczenie materiału ani o fakt, że pewnie nie zarobimy tyle, ile planowaliśmy i nie zobaczymy tyle, ile chcieliśmy. Chodzi przede wszystkim o czynnik ludzki. O powierzchowność, anonimowość, interesowność, zobojętnienie, tumiwisizm, o pogoń za pieniądzem, sztuczność i życie na pokaz. Mierzi mnie to i zadziwia jednocześnie. Wiele osób mówiło mi, że Australia tak bardzo różni się od USA. Chociaż w Stanach nigdy nie mieszkałam, więc być może nie powinnam oceniać, to jednak gdzieś w głębi czuję, że Oz jednak nie różni się tak bardzo od wuja Sama.

Oczywiście byłabym niesprawiedliwa gdybym nie zaznaczyła, że uogólniam. Bo choć na naszej drodze stanęło sporo cwaniaków, naciągaczy i osób po prostu nieciekawych, to jednak mieliśmy też mnóstwo szczęścia. Niektórzy nam zaufali i w nas uwierzyli, a to bardzo budujące. Jill i Duncan, którzy cierpliwie gościli nas pod swoim dachem przez długie miesiące. Jenny, właścicielka agencji house sittingowej, Mike i Steve, z którymi Victor ma szczęście pracować, Mariam, z którą pracuję ja.

Święta z Jill i Duncanem

Ale…
Australia zaczęła mnie uwierać i pojawiło się zmęczenie. Odliczam dni do wyjazdu. Teraz mogę już oficjalnie powiedzieć. 10 września, czyli dokładnie wtedy kiedy kończy się nasza kosztowna wiza, wylatujemy. Dokąd, zapytasz. Na początek nie ma wielkiego zaskoczenia, bo lecimy tam, gdzie udało się kupić najtańsze bilety i gdzie czeka na nas przyjazna dusza, czyli na Bali. Marzy nam się miesiąc wakacji. Leniwego poznawania wyspy, pisania, robienia zdjęć, jedzenia niezliczonych ilości nasi campur i popijania owocowych szejków. Przez pierwsze dwa tygodnie na Bali będziemy uskuteczniać typową turystykę, a przez kolejne tygodnie zajmiemy się domem i zwierzyńcem dobrej znajomej. Plaża, spacery z psami, śpiew ptaków i balijski dom. Lepiej być nie mogło. Tam też zdecydujemy co dalej. Opcji jest kilka (jak zwykle), ale nie chcę zapeszać, więc na razie cicho sza. Obiecuję, że znowu będzie się działo i będzie ciekawie.

Wracając do uwierania i rozczarowania…

Wiem, że zgodnie z niepisanymi zasadami, na blogu powinnam piać peany i pokazywać ci tylko to, co warte jest pokazania. Powinnam być zawsze roześmiana i szczęśliwa, a przede wszystkim powinnam zapewniać cię, że rok spędzony w Oz to najlepszy rok w moim życiu. Ale jakoś nie potrafię (nie chcę?) pisać wbrew sobie.

Kiedyś obiecaliśmy sobie z Victorem, że ten blog będzie taki jak my. I choć staramy się przekazywać treści ciekawe i przydatne, to jednak myślę sobie, że może równie ważne jest pokazanie tej drugiej strony medalu. O tym, że podróże nie są idealne, napisano wiele (i my też dołożyliśmy swoje cegiełki). Ale o tym jak wygląda życie w Australii pisze niewielu. Zaczynam się zatem zastanawiać, może to my mamy problem? Może nasze oczekiwania były tak duże, że nie było innej opcji jak rozczarowanie? Może Australia nie jest taka zła? Być może… Mnie jednak uwiera i po blisko 9 miesiącach w kangurolandii stwierdzam (choć raczej Ameryki nie odkryję…), że Oz to kraj jak każdy inny. Być może dla mnie po tak długim czasie spędzonym w Azji, Australia była jak siarczysty policzek. Bo wbrew oczekiwaniom okazało się, że za piękną okładką kryje się nie tak idealne wnętrze.

Od prawie dwóch tygodni piszę tekst na bloga pod roboczym tytułem „Australia. O czym nie mówi się na głos?”. Tekst pewnie nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo chyba nie chcę się dalej dołować i zaraz wywalę go do kosza. Ale najpierw streszczę w kilku zdaniach nad czym tak długo i uporczywie pracuję.

Awesome!

Wielu Australijczyków jest bezkrytycznych wobec swojego kraju. O ile cenię patriotyzm, to jednak wszystko ma swoje granice. Warto otworzyć się nieco na świat, wyjść poza utarte ramy i spojrzeć z perspektywy na to, co nas otacza. Nie pytaj się zatem Australijczyka czy warto zobaczyć miejsce X czy Y. Nie otrzymasz odpowiedzi ani obiektywnej ani subiektywnej. W Australii jest jedna prawidłowa odpowiedź i jest nią „awesome”. Kiedy pokonywaliśmy kolejne kilometry z Irene i Dominique podczas naszego australijskiego road trip, „awesome” stało się naszym słowem – kluczem, powodującym wybuchy głupawek. Bo przecież wszystko jest „awesome” – wspaniałe, piękne, najlepsze. W Australii po prostu nie ma miejsc słabych. Przynajmniej zdaniem Australijczyków.

Z Irene i Dominique, kiedy wszystko dookoła było „awesome” ;D

Bumerang, czyli skrzywiona rzeczywistość

Mam wrażenie, że to sami Australijczycy dopasowali się do kształtu bumeranga. Samodzielnie kreują skrzywiony obraz własnego kraju. Żyją w sztucznym świecie, gdzie najważniejszy jest pieniądz, komfort i wygoda. Zamykają się na to, co niewygodne. Poza Australią nie ma świata (no dobra, jest jeszcze Bali, ale w sumie to prawie Oz, przynajmniej okolice Kuty). Wolą oglądać Masterchefa w telewizji niż rozejrzeć się dookoła. Dawno temu przestałam oczekiwać zainteresowania tym, co dzieje się na świecie, ale nadal liczyłam na empatię i przejmowanie się tym, co dzieje się obok. Niestety, poległam. Smuci mnie to bardzo, szczególnie kiedy uświadomię sobie na jakim poziomie żyje przeważająca część australijskiego społeczeństwa. Australijczycy pomagają, ale wtedy kiedy jest im wygodnie. Najlepiej podczas lanczu w drogiej restauracji (bogate panie z organizacji dobroczynnych robią czasami zbiórki pieniędzy w porze obiadu) albo przesyłając pieniądze online. Dobry obowiązek spełniony, nieważne gdzie trafią środki i nieważne, że po drugiej stronie ulicy stoi staruszka, która potrzebuje pomocy. Żeby jej pomóc, należałoby zrobić coś konkretnego, coś fizycznego, coś co wymaga realnego działania. A Australijczycy są niestety na to za leniwi. To lenistwo czasami doprowadza mnie do pasji, choć po chwili następuje otrzeźwienie. Przecież właśnie dzięki temu mamy pracę. Możemy skosić trawnik, odkurzyć dom, uprasować ubrania, rozwiesić pranie, wyczyścić piekarnik i mikrofalówkę, ściąć przekwitnięte kwiaty, pozbierać z ziemi spadające cytryny. Dlatego też za każdym razem kiedy czuję irytację, staram się wszystko wyważyć. Może zamiast się zżymać, powinnam być wdzięczna?

Niekwestionowane przez nikogo zalety house sittingu

i więcej zalet house sittingu ;D

Anonimowość

Przyzwyczaiłam się do tego, że niezależnie od tego czy będzie to nasze mieszkanie czy osiedle czy wypasiony dom, którym zajmujemy się w ramach house sittingu, nie poznamy sąsiadów. Będziemy oddzieleni wysokim ogrodzeniem i będziemy udawać, że nie mieszkamy ściana w ścianę. Oczywiście w kawiarni czy w sklepie będziemy mieli przyklejone sztuczne uśmiechy i każdego zapytamy „How’s it going, mate?” ale na tym skończą się nasze interakcje. Smutne to.

Snobizm

Nie wiem jak jest w innych australijskich miastach, ale Perth jest pełne ludzi bardzo bogatych. Boom górniczy, który miał miejsce kilkanaście/dziesiąt lat temu przyniósł niektórym miliony zysków. Do dzisiaj te pieniądze przynoszą korzyści dzieciom i wnukom górniczych potentatów, a bogactwo jest widoczne gołym okiem kiedy pojedzie się na przykład do nadmorskich dzielnic.

Australijska klasa średnia też ma się całkiem nieźle. Oczywiście nie wszyscy są snobami, ale pozwolę sobie tutaj na (być może krzywdzące) uogólnienie. Snobizm jest powszechny. Australijczyk żyje na pokaz. Musi bowiem utrzymać pewien standard życia, a raczej z każdym rokiem go poprawiać.

Podstawą jest dom – im większy tym lepszy – i ogród, na początek może być backyard, czyli podwórko, najczęściej na tyłach domu, choć to front jest najważniejszy. Musi być zadbany, żeby wszyscy widzieli jak ci się powodzi. Inna sprawa to samochody – im większe i z większą liczbą cylindrów, tym lepiej. V6 to pikuś, znacznie lepiej V8. Nawet dla żony, która zajmuje się plotkowaniem i oglądaniem telewizji. Dwa samochody na rodzinę to absolutne i niezbędne minimum. Z czasem dojdzie trzeci samochód, wypasiona przyczepa kempingowa, motorówka i jacht. Może jeszcze Harley. Przy okazji trzeba się przeprowadzić kilka razy do coraz lepszych dzielnic i coraz większych domów.

Prawdziwy dom na wypasie z witrażowym oknem w sypialni i salą kinową na poddaszu…

Piszę te słowa to z pełną świadomością, a moje spostrzeżenia biorą się z wizyt w dziesiątkach domów, które odwiedziłam i dziesiątek rodzin, które poznałam z racji mojej pracy. Oczywiście to, co powyżej jest zabarwione sarkazmem. I choć gdzieś tam głęboko we mnie kryje się pogarda, to jednocześnie muszę przyznać, że byłabym hipokrytką, gdybym nie dodała, że podobnie jak lenistwo, ten snobizm i parcie na więcej, jest dla nas, zarobkowych emigrantów, ogromną szansą. Wielka rotacja na rynku nieruchomości i samochodów powoduje, że ceny spadają. Wynajęcie mieszkania jest tańsze w Perth niż w jakimkolwiek innej regionalnej stolicy w Australii. Samochody są tanie, podobnie jak paliwo.

Victor ostatnio powiedział mi, że jestem wypalona. Chyba tak. Czuję jak z każdym dniem potrzeba, żeby ruszyć przed siebie wypełnia każdą komórkę mojego ciała. Z jednej strony czuję się niewdzięczna wobec Australii, bo przecież mieliśmy ogromnie dużo szczęścia no i nie jest tak źle (pisałam o tym ostatnio – klik tutaj). Z drugiej, mam ochotę schować głęboko poprawność polityczną, którą się ewidentnie zaraziłam w kangurolandii i powiedzieć sobie i innym – Australio, mam cię chwilowo dość i odliczam dni do wyjazdu!


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »
Back To Top