skip to Main Content

Początki są trudne

Niecały tydzień temu zmieniliśmy nasze życie. Brzmi bardzo górnolotnie, ale teraz po tych sześciu dniach pedałowania widzę to bardzo jasno. Ciężar tej decyzji poczułam kiedy żegnaliśmy się na drodze w okolicach Wilgi. Był to ciężki dzień – smutny, mglisty i zimny. Akurat taki, żeby zasiać zwątpienie. Mgła wkradała się w każdy zakątek ciała. Jechaliśmy przez okolice, których nawet nie byliśmy do końca dojrzeć. Przejechane 60 km dało nam w kość szczególnie popołudniu, kiedy przyszło rozbijać namiot przy gwałtownie spadającej temperaturze. Całe szczęście rano, chociaż na ziemi leżał szron, wstało również słońce, które jakoś mnie podbudowało. Wszystko nabrało innych barw.

Postanowiliśmy zrobić mały wypad do Kazimierza Dolnego i był to bardzo dobry pomysł. Słoneczko przygrzewało, złote liście fruwały w powietrzu. Idylla. Tylko, że i do Kazimierza dotarła plaga żarłocznych biedronek, które próbowały pożreć nasze orzechy (łuskane przed samym wyjazdem)!

Siłą rzeczy jadąc na południe musiał nadejść dzień, w którym będziemy musieli zmierzyć się z podjazdami. Ten dzień nadszedł jednak szybciej niż się spodziewałam. Wyjeżdżając z Kazimierza trafiliśmy na stromy podjazd. Nie było lekko, ale przynajmniej zrobiło się ciepło 😉 Był to dobry wstęp. Do Kraśnika cała trasa to podjazdy i zjazdy. Gorzej, że przy zjazdach mieliśmy wiatr w twarz. Zmordowani po 60 km znaleźliśmy super miejsce na namiot pod Kraśnikiem. Polskie lasy jesienią są najpiękniejsze na świecie! Rozkładanie namiotu na złotym dywanie z liści jest naprawdę przyjemnością.

Trzeba jednak powiedzieć, że złote dywany to jedno, a niskie temperatury to coś zupełnie innego… Całe szczęście nie marzniemy w naszych śpiworach, ale niewiele da się zrobić wieczorem poza czynnościami zupełnie podstawowymi – jedzeniem, myciem, spaniem. Nieco rozgrzewaliśmy odrobią miodówki mojego taty, którą potajemnie przewoziłam w sakwie 😉 Cały mój misterny plan, żeby na bieżąco pisać, wywoływać zdjęcia czy powtarzać rosyjskie rozmówki, okazał się do bani. Kiedy w namiocie temperatura spada do 3 stopni, jedyne na co ma się ochotę to zakopać się w śpiworze i spać. Po trzech dniach pedałowania przez lasy zamarzył nam się nocleg w domu – normalnym ciepłym polskim domu. Gdzie i jak? Warmshowers, czyli społeczność rowerzystów, oferująca ciepły prysznic i miejsce do spania. Żeby dojechać do domu naszego gospodarza, Andrzeja, nagniataliśmy 85 km jak szaleni. Kiedy dojechaliśmy do Tereszpola-Zaorendy powitała nas mama Andrzeja. Na wejściu otrzymaliśmy po talerzu parującego żurku (pycha!), a na dokładkę całą furę genialnych placków ziemniaczanych. A to wszystko okraszone szczerą i bezinteresowną gościnnością. To takie dziwne uczucie być w domu obcych ludzi i czuć się prawie jak u siebie. Coś wspaniałego! Zupełnie nie mieliśmy ochoty wyjeżdżać. Grzebaliśmy się zresztą do blisko 10 rano.

Dzisiaj jesteśmy już w Przemyślu. Te ostatnie 6 dni pokazało mi, że są limity, które można przekroczyć. Z zimnem można wygrać, podobnie jak ze zmęczeniem i przygnębieniem. Oby tak dalej. Jutro Ukraina!


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has 2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »