skip to Main Content

Pieskie życie

W Kapadocji spędziliśmy blisko 2 tygodnie. Cały czas przeciągaliśmy decyzję o wyjeździe. Powodów było wiele. Dobrze nam było w domu, którego gospodarzem był nasz honduraski przyjaciel Marco. Miło było dzielić codzienne obowiązki z kimś w podobnym wieku i o podobnym światopoglądzie. Myślę, że dużo się od siebie wzajemnie nauczyliśmy. Ja na pewno pochłonęłam sporo praktycznej wiedzy fotograficznej i mam nadzieję, że będę umiała wykorzystać te umiejętności w przyszłości. Przez nasz „dom” w ciągu tych tygodni przewinęło się trochę ludzi. Mieliśmy gości z Niemiec, Włoch, Brazylii, Argentyny, Ukrainy, Bośni i Belgii. Odwiedzali nas też tureccy przyjaciele, a to wszystko w niezwykle magicznych okolicznościach. Bo Kapadocja jest magiczna.

Dlatego też Kapadocję zapamiętam oczywiście jako miejsce pięknych krajobrazów, lecz przede wszystkim będę ją kojarzyła z ludźmi i… psami. Niektórzy pewnie pamiętają, że na naszym profilu twarzoksiążki zamieściłam zdjęcia trzech szczeniaków, które przygarnął Marco. Cóż, szybko stałam się przybraną mamą maluchów. Rytm mojego dnia dyktowały godziny posiłków maluchów. Najważniejszą rzeczą był zakup mięsa i ugotowanie zupy. Starałam się również nieco socjalizować nasze trzy małe kluchy, bo po cichu liczyłam, że dzięki fejsbukowi uda nam się znaleźć dom chociaż dla jednej/jednego z nich. Niestety moje nadzieje były płonne. Helena, Afrodyta i Homer (tak ochrzcił je Marco) wylądowały w schronisku, a ja do dzisiaj nie mogę tego odżałować. Jak na razie jest to dla mnie najtrudniejsza rzecz w naszej podróży – obserwowanie pieskiego życia.

[Uwaga! Od tego miejsca piszę szczerze na temat pieskiego życia, momentami dość brutalnie. Osoby wrażliwe, a szczególnie wielbiciele psów – proszę, zastanówcie się cy chcecie czytać dalej!]

Chyba dopiero teraz pojmuję czym tak naprawdę jest pieskie życie. Jeszcze w Rumunii pedałowałam, a serce pękało mi na pół kiedy widziałam psy leżące wzdłuż drogi. Nie były martwe, ale brak nadziei na lepszy los powodował, że w ich oczach był tylko smutek. Te psy nie lgnęły już nawet do człowieka. Nie bały się go. Były tak zobojętniałe, że było im wszystko jedno. W ukraińskich Czerniowcach widzieliśmy tabuny biednych psów. Te psy jednak miały chociaż siebie nawzajem i jakoś starały się przeżyć, chociaż często były naprawdę w kiepskim stanie. Psy rumuńskie nie miały już nawet siły ani nadziei na walkę o lepsze jutro. Momentami odnoszę wrażenie, że zamiast wspomnień związanych z krajobrazami, w mojej głowie przewijają się widoki psów. Różne miejsca, różne psy. Bardzo silnie utkwił mi w pamięci czworonóg, którego widzieliśmy jadąc z Oren w kierunku Ayvalik. Przejeżdżaliśmy przez gaje oliwne i nagle zobaczyłam leżącego na poboczu psa. Spojrzał na mnie, ale nawet nie podniósł głowy. Wydaje mi się, że powoli odchodził za tęczowy most, a ja do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że się przy nim nie zatrzymałam, tylko pojechałam dalej…

Turcja to inny wymiar pieskiego życia. Pies jest tutaj podzwierzęciem. Jako zwierzę nieczyste nie powinien być wpuszczany do domu dobrego muzułmanina. Dlatego jeśli psy mają dom, najczęściej są uwiązane na krótkim łańcuchu i spędzają całe swoje pieskie życie w czymś co ma przypominać budę. Widzieliśmy różne „budy” – od plastikowej skrzynki na warzywa, po tekturowe pudełka czy kawałki desek zbite w taki sposób, że deszcz i zimno dostają się z każdej strony. Jeśli takie psy mają farta, koło „budy” leży stos czerstwego, czasami spleśniałego chleba. To ich jedyny posiłek. O pieszczotach i dobrym słowu mogą zapomnieć. Cel ich życia jest jeden – mają szczekać kiedy coś się dzieje. Koniec i kropka. Straszny widok…

O wiele lepiej mają się psy w dużych tureckich miastach i piszę to bez przekąsu. Ludzie są tutaj inni. Wielu z nich dokarmia psy, niektórzy trzymają je nawet w domu (jak nasza przyjaciółka Ilkay z Izmiru). Co więcej w niektórych miastach władze kastrują i sterylizują czworonogi. Łatwo je poznać – takie psy mają na uszach charakterystyczne „kolczyki”. Często trzymają się swoich rewirów, mają też swoich karmicieli. Czasami korzystają z publicznych misek z wodą i z karmą. Tak! W niektórych miejscowościach (np. w Fethiye) znaleźliśmy kilka takich stanowisk finansowanych przez tutejszy odpowiednik gminy. Dużo gorzej jest w małych miejscowościach takich jak na przykład Goreme czy Uchisar. Psy mieszkają na ulicy i lgną do turystów jak mucha do miodu. Wystarczy, że powie się do nich dwa słowa, a już ma się najlepszego przyjaciela. Takie sytuacje przydarzyły nam się dwa razy i do dzisiaj kiedy o nich myślę robi mi się niezwykle smutno.

Pierwszy raz przykleiła się do nas sunia o strasznie smutnych oczach. Musiała mieć niedawno szczeniaki, bo widać było, że zostało jej sporo mleka. Powiedziałam do niej kilka zdań po polsku i pogłaskałam, a sunia zaczęła za nami maszerować. Poleciałam do sklepu po paczkę parówek, które pochłonęła w 5 sekund, prawie się dławiąc, a potem nie chciała nas odstąpić na krok. Uchisar znajduje się kilka kilometrów od Goreme. To przyjemny spacer, w dodatku w dół. Liczyliśmy, że sunia nie opuści swojego terytorium, ale kiedy wyszliśmy z miasteczka okazało się, że idzie z nami i za żadne skarby świata nie chce odejść. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, bo szliśmy wzdłuż drogi, a sunia szła jej środkiem, uskakując przed samochodami. Ze łzami w oczach krzyczeliśmy na nią i wymachiwaliśmy rękami, żeby ją przestraszyć i żeby wróciła do Uchisar. Bezskutecznie. Po 2 kilometrach dotarliśmy do zabudowań gdzie były inne psy. Zaczęły szczekać na sunię, która zatrzymała się i poddała im zupełnie, a my jak dwójka zaryczanych tchórzy uciekliśmy co sił w nogach, licząc, że sunia wróciła do swojego rewiru. Pół dnia przeryczałam, a humory popsuły nam się na dużo dłużej. Bo okazuje się, że nie można nawet ofiarować takiemu biednemu psiakowi odrobiny miłości…

Po kilku dniach maszerowaliśmy przez inne kapadockie miasteczko, Cavusin. Nagle wyrósł obok nas kangal, przedstawiciel tureckiej rasy psów – pięknych, ogromnych i bardzo mądrych czworonogów. Podszedł do mnie i zaczął mnie szturchać nosem i wąchać moje buty i kurtkę (zapewne zwabił go zapach maluchów). Był dość chudy, ale na szyi miał porządną obrożę. Kangale są ogromne i taki był też nasz przyjaciel. Sięgał mi prawie do pasa i chociaż nauczeni doświadczeniem suni nie powiedzieliśmy do niego ani słowa, szedł obok nas przez całe miasteczko. Z Cavusin chcieliśmy wrócić do Goreme jedną z dolin, więc towarzystwo psa nie było wskazane. Poza tym to kawał drogi, a dolina okazała się mocno skalista. I znowu powtórzyła się ta sama sytuacja – pies koniecznie chciał być nasz. Patrzył się na nas swoimi pięknymi i mądrymi oczami, a my musieliśmy na niego krzyczeć, żeby sobie poszedł. Kiedy przejeżdżał duży autobus wbiegliśmy w małą dolinkę, a on został po drugiej stronie patrząc za nami wzrokiem pełnym rozczarowania i bólu. Chyba nie muszę mówić jak się czuliśmy?

Żeby nie było, że wszystko smutne i straszne… mieliśmy też jedną fajną przygodę. Pewnego popołudnia postanowiliśmy przejść się do niewielkiej dolinki w granicach samego Goreme. Oczywiście nie zdążyliśmy wyjść z centrum, a już mieliśmy dużego, białego towarzysza. Wyraźnie bał się ludzi, ale czuł się pewnie w terenie. Szedł raźnie sobie koło nas, co chwilę tylko delikatnie szturchając nosem moją rękę, ale nie dając się dotknąć. Po wejściu w dolinę na horyzoncie pojawiły się balony szkoleniowe i zaczęłam robić zdjęcia. Nagle znikąd wyłonił się kangal. Przestraszyłam się, bo myślałam, że to dwa psy i będzie jatka. Otóż nie – przed nami stanęła piękna sunia i nasz towarzysz ewidentnie poczuł zew natury. Całą drogę pieski dokazywały, bawiąc się jak szalone, skacząc i biegając razem. Kangalica co chwilę podbiegała po pieszczoty. Śmialiśmy się w głos. W drodze powrotnej sunia wróciła w swoje rewiry, a nasz towarzysz wrócił z nami do centrum miasteczka.

Niektórzy mieszkańcy Goreme przejmują się losem czworonogów i tak na przykład wokół kawiarni Maccan zawsze leżą rozciągnięte psiaki. Wiedzą, że nic im tu nie grozi, a w dodatku dostają regularnie jedzenie od jednej z kelnerek. Pomimo tego nie udało nam się znaleźć domu dla naszych maluchów. Helena, delikatna i trochę na uboczu, najbardziej płaczliwa i przytulińska. Afrodyta, o krótkich uszach, niezwykle słodka i przedkładająca pieszczoty i ludzkie towarzystwo nad jedzenie. Homer, silny charakter, psotnik i odkrywca. Żarłok jakich mało, trzeba go było odrywać od miski, żeby zostało coś dla dziewczyn. Nasze trzy maluchy trafiły ostatecznie do schroniska, bo co innego mogliśmy zrobić? Jest to dość przyzwoite schronisko i jest szansa, że jako psy duże, a przy tym młodziutkie znajdą dom. Mam tylko nadzieję (może naiwnie), że będzie to dobry dom…


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has 7 Comments

  1. Kasia, ja tez sie dołaczam do tego płaczu i tak jak Ci wpomniałam – niestety w Azji będzie jeszcze gorzej. Zapamiętam Filipiny, gdzie wyszuszone szkielety trzęsące się ze strachu przed człowiekiem.. nigdy nie wyrzucałam najmnijeszego okruchu (cały czas tak jest) bo zawsze znajdzie się nań chętny. Bardzo to smutne.

    1. Ewa, nie przerażaj mnie! Ja już ledwo daję radę… I też nauczyliśmy się szybko, że nie wyrzuca się absolutnie niczego, a pod ręką staram się mieć zawsze jakieś masło/margarynę, żeby nie karmić suchym chlebem. Ciężko i smutno… Panicznie się boję Gruzji!

  2. Kasiu, bardzo to smutne. Wiem, jak kochasz wszystkie zwierzęta – duże i małe. Życzę siły, żeby patrzeć na tyle nieszczęścia. Ale niestety świat nie jest w każdym wymiarze piękny . I może dlatego jego poznawanie jest tak fascynujące. Czekam na kolejne relacje z nadzieją na niezwykle ciekawe ( jak dotychczas) infromacje. Kierujecie się w coraz bardziej egzotyczne rejony i to jest bardzo obiecujące. Serdecznie Was pozdrawiam , trzymajcie się ciepło w tureckich mrozach. Buziaki

    1. Tureckie mrozy dały nam się we znaki, a na psią niedolę nie potrafię się uodpornić i nie ukrywam, że w tym kontekście bardzo boję się tego, co przed nami… Pozdrawiamy serdecznie!!

  3. Strasznie to smutne! Nie byłam w stanie przeczytać całego tekstu od razu, bo oczywiście ryczałam! Wyobrażam sobie co czuliście, ale chyba musicie się uodpornić na takie przeżycia, chociaż na pewno łatwo nie będzie! Całuję

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »