skip to Main Content
Koh Phayam. Ucieczka Przed życiem I Psie żywoty

Koh Phayam. Ucieczka przed życiem i psie żywoty

print

**Spoiler alert** Na Koh Phayam spędziliśmy kilka tygodni i moja głowa wręcz pęka od przemyśleń. Dlatego nie dziw się, że przed tobą długi tekst, w dodatku poruszający kilka kwestii. Jeśli interesują cię psie żywoty, przeskocz od razu na koniec, a najlepiej usiądź wygodnie, złap filiżankę kawy/herbaty i zabierz się do lektury 😀


Wiatr rozwiewa moje włosy a zielona trawa łaskocze w łydki. Pędzimy oszałamiające 30 kilometrów na godzinę po wąskiej i dziurawej drodze, która przecina Koh Phayam z północy na południe. Właśnie ruszyliśmy z Long Beach, imprezowego centrum wyspy. Imprezy może tam są, ale zdecydowanie nie teraz. Teraz Long Beach przypomina plażę-widmo. Mnóstwo śmieci, które wyrzucane są przez morze, opuszczone hotele i restauracje. Tu i ówdzie pojawi się ktoś na horyzoncie, ale mam wątpliwości czy jest tam rzeczywiście czy to tylko złudzenie.

Na plaży mieszkają psy. Karmione i należące do kogoś w sezonie, są smutnym dowodem przykrej wyspiarskiej rzeczywistości: w porze deszczowej Koh Phayam przechodzi w stan letargu.

Koh Phayam

Long Beach przed rozpoczęciem pory deszczowej. W miarę czysta i ciągle pusta. Kiedy rozpoczyna się monsun, plaża pokryta jest śmieciami, które zostałe wyrzucone prze fale

Koh Phayam: ucieczka przed monsunem

Pora deszczowa zaczyna się w czerwcu, czasami lipcu. Kiedyś trwała cztery-pięć miesięcy, teraz ciągnie się nawet do końca stycznia. Monsun to nie taki zwykły deszczyk, to regularne oberwanie chmury z porywistym wiatrem. Trzeba przyznać, że najczęściej jest przewidywalny. Pada mniej więcej o tej samej porze. Tylko że zmiany klimatyczne zmieniły również monsun, który nie tylko trwa dłużej, ale jest i bardziej spontaniczny i nieprzewidywalny. Bez monsunu nie byłoby życia. Wyspa nie byłaby wściekle zielona i zarośnięta, a sucha i jałowa.

Początek monsunu = koniec biznesu

Co oznacza początek monsunu na Koh Phayam? Koniec biznesu. Turyści opuszczają wyspę, hotele i restauracje zamykają wierzeje a sklepy zaczynają świecić pustkami. Większość mieszkańców pracujących w turystyce wyjeżdża. Wracają na kontynent, gdzie spędzą najbliższe pięć – sześć miesięcy. Na wyspie pozostają niedobitki.

Z dość licznej grupy obcokrajowców zamieszkujących wyspę w sezonie, w porze deszczowej pozostaje zaledwie garstka. Można policzyć ich na palcach jednej ręki. Część z nich to prawie pustelnicy, którzy pojawiają w porcie, czyli centrum życia wyspiarzy, kilka razy w miesiącu, żeby uzupełnić zapasy. Inni założyli dochodowe biznesy i uczynili z Koh Phayam swój dom, nie tylko podczas pory suchej, ale dom na dobre i złe. Miejsce, w którym żyją, pracują, chorują i wychowują dzieci. Takich obcokrajowców jest jeszcze mniej.

Dzisiaj chce pokazać, że choć z mojego poprzedniego postu (klik tutaj) można odnieść wrażenie, że życie na wyspie jest idealnie, kilka spędzonych tam tygodni pokazało mi nieco inną twarz wyspiarskiej rzeczywistości.

Koh Phayam

U nas jeszcze słońce, ale nadciąga deszcz. Widok z balkonu

Mikrokosmos

Koh Phayam to nawet jak na tajskie warunki dość specyficzna wyspa. Kiedy pierwszy raz tutaj przypłynęliśmy, a było to w kwietniu br. nie mieliśmy pojęcia, że niemal cała powierzchnia niewielkiej w końcu wyspy należy do kilkunastu (może kilkudziesięciu?) rodzin. Od pokoleń. Cudownie, pewnie pomyślisz. Mieszkańcy są właścicielami ziemi, na której mieszkają od wielu lat. Problem polega na tym, że nie mogą jej sprzedać, nawet gdyby bardzo tego pragnęli. Mogą ja wynająć, ale nawet wieloletni najem obwarowany jest wieloma obostrzeniami. Wynajmują ziemię, ale nie to, co na niej rośnie. Kauczuk i nerkowce, szczelnie zarastające wyspę, nadal należą do nich i ich obowiązkiem jest przeprowadzanie zbiorów. Chcą, nie chcą, są przywiązani do tej ziemi. Mogą zarabiać na najmie, zlecić komuś opróżnianie miseczek z kauczukiem i ponoć niełatwe zbieranie nerkowców, ale nigdy do końca nie będą w stanie odciąć się od wyspy. Są z nią związani na dobre i na złe, tyle że nie z wyboru, a przez rodzinne więzy i krew.

Ta sytuacja odbija się oczywiście na obcokrajowcach mieszkających na wyspie i prowadzących tam interesy. Bo skoro nie mogą kupić ziemi, pozostaje im wieloletni najem. Żadna to nowość w Tajlandii, pomyślisz. W końcu obcokrajowcy rzadko (jeśli w ogóle?) mają prawo do kupna ziemi. Jednak na Koh Phayam paradoks idzie dalej.

Wspomniałam, że wyspa jest porośnięta lasem nerkowców i kauczukowców. Istnieje więc duża szansa, że wynajęta przez ciebie działka będzie leżała w granicach lasu. I tu pojawia się kolejna przeszkoda. Nie masz prawa do tych drzew. Należą one do lokalnych rodzin i każdą ingerencję musisz konsultować z właścicielami. Chcesz na przykład przyciąć gałąź, bo zasłania ci widok? Musisz skonsultować to z rodziną. Chcesz doprowadzić elektryczność do twojego domu i wykorzystać drzewa do zawieszenia kabli? Musisz skonsultować to z właścicielem, itp., itd. Widzę w tym pewien sens ekologiczny. Dzięki takiej polityce jest szansa, że wyspa przez co najmniej kilka lat pozostanie dzika i odeprze agresywnych inwestorów, marzących tylko o przekształceniu jej w kolejne Koh Lipe. A obcokrajowcy? Chcą mieszkać w małym tajskim mikrokosmosie bez masowej turystyki? Muszą pogodzić się niedogodnościami.

Koh Phayam

Kauczuk spływa do małych miseczek zawieszonych na pniach drzew. Co kilka dni właściciele zbierają zawartość misek

Ziemia Tajów czy Birmańczyków?

Takiego obrotu sprawy pilnują wojskowi, którzy z jakiegoś powodu upodobali sobie wyspę. Z jakiego? Oczywiście mogę tylko przypuszczać, ale odnoszę wrażenie, że jednym z nich może być bliskość Mjanmy…

Koh Phayam znajduje się dosłownie rzut beretem od morskiej granicy z Birmą, a pobliski Ranong (to miasto, z którego odpływają łodzie na Koh Phayam) jest popularnym celem dla tzw. visa run, czyli sprawnego odnowienia wizy w ciągu maks. 24h polegającego na przekroczeniu granicy z innym krajem, w tym przypadku Birmy i powrocie do Tajlandii z nową pieczątką w paszporcie. Dlaczego piszę o bliskości Mjanmy? Bo patrząc na mieszkańców Koh Phayam można mieć wątpliwości czy jest się w Tajlandii czy w Birmie.

Birmańczycy stanowią niekwestionowaną większość i śmiało można powiedzieć, że to dzięki nim wyspa funkcjonuje. Są tanią siła roboczą, ale są też pracownikami rzetelnymi i godnymi zaufania. Uśmiechnięci i życzliwi, imają się każdej pracy. To zresztą jedna rzecz co do której zgodni są wszyscy obcokrajowcy na wyspie. Masz pracę do wykonania? Dom do zbudowania? Meble do przewiezienia? Zbiory owoców? Gotowanie i sprzątanie w hotelu? Powierz te prace Birmańczykom. Nie będą narzekać na brak klimatyzacji, monotonną dietę czy niską płacę, a ty w zamian otrzymasz rzetelnego pracownika.

Nie jest to oczywiście równy układ. Birmańczycy są zdesperowani, ponieważ często mieszkają w Tajlandii nielegalnie. Dlatego godzą się na niskie wynagrodzenia i nie przeszkadzają im podstawowe warunki. Doceniają sam fakt posiadania pracy. Dochody, które dzięki temu osiągają, pozwalają przetrwać całym rodzinom – tym mieszkającym w Tajlandii i tym, które pozostały w Birmie. Niestety muszą się ukrywać kiedy na wyspie pojawia się wojsko albo przedstawiciele Urzędu ds. Imigracji. Uciekają wtedy do dżungli, gdzie nauczyli się przetrwać. Doskonale znają lokalne rośliny i zwierzęta, w końcu są takie same jak w ich pobliskiej ojczyźnie. Do moich uszu dotarło kilka historii o nieuczciwych pracodawcach, o wykorzystywaniu trudnej sytuacji Birmańczyków. Znam jednak też kilka historii z happy endem. – idealnej współpracy obcokrajowców mieszkających na wyspie i birmańskich rodzin.    

Koh Phayam

Najpiękniejsza plaża na Koh Phayam. Buffalo Bay i ani żywego ducha…

Jak żyć?

Wyspa taka jak Koh Phayam to miejsce idealne, żeby znaleźć swoją mała pustelnię, swój mały raj, kawałek ziemi, na którym będziesz kim chcesz być; bez zobowiązań, oczekiwań i wielkich planów. Łatwo zaszyć się w nieprzeniknionej dżungli i zniknąć, odciąć się od zewnętrznego świata. Zapewne taki pomysł na życie miało co najmniej kilka osób na wyspie. Pozostali jednak starają się żyć całkiem normalnie. Mówię oczywiście o obcokrajowcach.

Scenariusz 1. Pustelnik

Odnoszę wrażenie, że życie na tak odizolowanym kawałku ziemi, hartuje ducha i ciało, zmienia cię, wpływa na twoje postrzeganie świata, na priorytety które decydują o twojej codzienności i dokonanych wyborach. Z jednej strony trochę dziczejesz, jakkolwiek interpretowalibyśmy to słowo. Dziczejesz w sensie relacji z innymi. Coraz mnie obchodzi cię, co myśli o tobie twój sąsiad. Bo jakie ma to znaczenie, jeśli widzisz go najcześciej raz w tygodniu? Dziczejesz w sensie potrzeb. Z upływem dni, tygodni i miesięcy, orientujesz się, że potrzebujesz coraz mniej. Comiesięczne wycieczki do Ranong, żeby pójść do fryzjera czy kupić kilka europejskich produktów, okazują się zbędne. Długie włosy nie są przecież takie złe, a żyć można jedząc tajskie i birmańskie dania. Ograniczenie potrzeb przekłada się na coraz częstsze ignorowanie świata zewnętrznego. Przestaje cię obchodzić co dzieje się poza twoim niewielkim mikrokosmosem. Powoli stajesz się pustelnikiem, polegającym na sobie, odizolowanym i w jak największym stopniu niezależnym od innych. Jesteś wolny, ale i samotny. Takie życie wybrałeś.

Koh Phayam

I znowu Buffalo Bay

Scenariusz 2. Lider i sukinsyn

Mała wyspa zachęca do inicjatyw. Skrawek ziemi, na którym prawie nic nie ma, a tyle można by zbudować, jest polem do popisu dla najbardziej przedsiębiorczych. Formalności nieco utrudniają życie, ale dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Nie poskutkuje łapówka, to poskutkuje groźba. Jesteś na wyspie od dawna i doskonale wiesz jak wszystko funkcjonuje. Znasz wszystkich, a wszyscy znają ciebie. Wyspa to twoje małe imperium, a każdy kto się na niej pojawi powinien złożyć ci hołd. Biada z nim jeśli tego nie zrobi. Jesteś liderem, szefem i koordynatorem. Decydujesz i doradzasz. Dla „nowych” na wyspie jesteś przyjacielem i dobrym wujkiem. Polecasz im wykonawców, jeśli chcą zbudować dom, doradzasz gdzie dobrze zjeść, a gdzie naprawić skuter. Dopóki nie wchodzą ci w drogę i nie podskakują, pozostajecie przyjaciółmi. Gorzej jeśli nie chcą się podporządkować. Jak na przykład mafia, która coraz śmielej radzi sobie na Koh Phayam. Nie wystarczyło im Koh Tao i postanowili rozszerzyć swoje wpływy na dobrze rokujące Koh Phayam. Nie boją się ciebie i doprowadza cię to do pasji. Mają układy z policją i z mieszkańcami, nie pozostaje ci nic innego jak żyć z nimi dobrze. W końcu wyspa to twoje małe królestwo.

Scenariusz 3. Żyj i daj żyć innym

Przypłynąłeś tutaj kilkanaście lat temu. Zakochałeś się w tym kawałku ziemi. Zielonym, nietkniętym „dobrami” cywilizacji, bez elektryczności, internetu, klimatyzacji i gorącej wody. Postanowiłeś, że będzie to twój mikrokosmos, twój mały świat. Zbudowałeś hotel, pensjonat czy restaurację. W przeciągu ostatnich lat stałeś się znany i szanowany. Dobrze żyjesz z mieszkańcami. Pojawiasz się w miasteczku kiedy trzeba, ale doskonale czujesz też kiedy należy zniknąć i zająć się swoimi sprawami. Ciągle inwestujesz w swój mały biznes. Zatrudniasz Birmańczyków, ale próbujesz współpracować też z Tajami. Obcokrajowcy doskonale cię znają, bo potrafisz tak manewrować, żeby nie mieć wrogów. Starasz się być samowystarczalny, ale musisz też zarabiać pieniądze, więc potrafisz obracać się w różnych kręgach. Rozwijasz swoje pasje, bo chociaż masz firmę, w końcu nie wybrałeś życia na wyspie, żeby pracować dwanaście godzin dziennie. Doskonale znasz swoje priorytety i chwalisz sobie jakość życia, które wiedziesz. Niby na uboczu, ale jednak w centrum.

Koh Phayam

To też Buffalo Bay, jakieś 5 – 10 minut jazdy od domu. Po burzy i przed burzą. Odpływ

Scenariusz 4 (ostatni, nie męczę już). Żyję tu od pokoleń

Pracuję w sezonie. Turyści generują łatwy zysk. Obcokrajowcy otwierają nowe hotele i restauracje, ale zatrudniają głównie Birmańczyków. Jestem Tajem, nie będę pracować za te śmieszne pieniądze. Otworzę swój biznes, może restaurację? Tak, otworzę restaurację jeśli nie wypali pomysł z tuk-tukiem. Dogadałem się z jednym gościem z Ranong i zainwestowałem w tuk-tuka. W sezonie będę rozwoził turystów po hotelach. Tylko na początku, bo potem zlecę to Birmańczykom. Nawet jeśli biznes nie wypali, pozostają mi orzechy i kauczuk. To ciężka praca, ale dobry zysk. Zawsze za parę groszy mogę zatrudnić Birmańczyków, odwalą najcięższą robotę. Ziemia jest moja, więc nie umrę z głodu. Grunt to zarobić tyle w sezonie, żeby nie trzeba było pracować w porze deszczowej. Nudzę się kiedy pada. Całe szczęście postawili nowe anteny i wreszcie jest sygnał wszystkich operatorów. Jak żyliśmy bez smartfonów? Nie pamiętam… Ostatnio jedna *farang ze zdziwieniem spytała mnie dlaczego nie uprawiamy ziemi. Ze zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że nie wiem…

Oczywiście te cztery scenariusze powstały w mojej głowie, ale były inspirowane historiami, które usłyszałam na wyspie. Tak mała społeczność to mikrokosmos. Jeśli dodamy do tego fakt, że Koh Phayam jest mocno kontrolowana przez wojsko, które na przykład wprowadziło zakaz nowych inwestycji przez okres 12 miesięcy (brawo!); że mieszkają tutaj Tajowie, Birmańczycy i „zachodni” obcokrajowcy, a każdy z nich ma inne interesy i priorytety, nie dziwi fakt, że jest to wcale nie tak mały mikrokosmos jak wydawało mi się na początku. Również tutaj są konflikty, problemy i wcale nie tak łatwe i różowe życie. Ucieczka na mała wyspę może jest dobrym rozwiązaniem dla niektórych. Inni jednak bardzo idealizują wyspiarskie życie, jak ja na początku. Potem okazuje się jednak, że jest to życie jak w każdym innym miejscu na świecie. Ma swoje plusy i minusy. Czytając ten tekst możesz odnieść wrażenie, że z bezkrytycznego zachwytu popadłam w pełen pesymizm. Nie. Nadal mam w głowie zalety życia na wyspie, tylko żeby mieć pełen obraz, należy przeprowadzić bilans zysków i strat. I być przygotowanym, że nie będzie łatwo.

Koh Phayam

Victor urodził się i wychował nad morzem. Do dzisiaj uwielbia spacerować kiedy jest odpływ i obserwować wszystkie morskie stworzenia. Oczywiście Buffalo Bay

Psie żywoty

Bardzo cieszę się, że dotarłaś/eś aż tutaj! 😀 

W ostatnim poście obiecałam, że opowiem również o pozostałych psach, którymi zajmowaliśmy się w domu na wzgórzu. Więc po tych może nie do końca przyjemnych wynurzeniach o wyspiarskiem życiu, pora na coś miłego. Zatem po przedstawieniu herszta stada, Flip Flopa, czterech potworów i ich mamy Skinny, a także Maxa i Boba, zapraszam na ciąg dalszy psich żywotów.

Phun. Schizofrenia

Kiedy przed chwilą powiedziałam Victorowi, że chcę napisać o Phun, roześmiał się i odpowiedział, że w zasadzie o tej jednej suczce mogłaby powstać cała seria artykułów i coś w tym jest. Phun jest śliczna. Wysoka, o jasnej i jedwabistej sierści. Bezzębna paszcza ciągle się śmieje, a wielkie brązowe oczy błyszczą jak diamenty. Jest też pocieszna i nieporadna. Przeżyła motocyklowy wypadek, który uszkodził jej kręgosłup. Przez to jej długie łapy dość chybotliwie utrzymują całe ciało. Czasami odnosiłam wrażenie, że zaraz się przewróci, ale nigdy nie miało to miejsca.

Nadaliśmy Phun wiele imion alternatywnych, bo jej osobowość zmieniała się w zależności od dnia i humoru. Czasami była jak król lew, leżąc w rogu balkonu i spoglądając z nostalgią w kierunku morza. Jej blond czupryna powiewała na wietrze, a rozmarzone spojrzenie przywoływały na myśl króla sawanny. I kiedy tak leżała, spokojna i zamyślona, nagle podrywała się, wydając dziwne odgłosy – mieszankę warczenia, piszczenia i śmiechu, żeby po pięciu sekundach wrócić do stanu melancholii. Jej śmieszny sposób chodzenia przywoływał na myśl mała syrenkę, a nagłe zmiany nastrojów wobec innych psów były tak gwałtowne i nieprzewidywalne, że dostała ksywkę Dr. Jekyll/Mr. Hyde.

Najśmieszniejsze jest to, że sposobem Phun na zaproszenie swoich kumpli do zabawy było głośne warczenie. Merdała przy tym ogonem i śmiała się całą paszczą. Ot, taka mimika twarzy. Nie jest w stanie zrobić nikomu krzywdy, bo a) nie ma zębów i b) jest po prostu kochanym i dobrym psem. Jednak na początku trudno zinterpretować jej zachowanie.

Karmienie jej było jednym wielkim show. Najczęściej jadła na leżąco i kończyła ostatnia. Dlaczego? Ponieważ, żeby zabrać się do jedzenia musiała zobaczyć, że inne psy jej zazdroszczą, że mają ochotę na jedzenie z jej miski. Wtedy stawała się Dr. Jekyll-em i władczo warczała nad miską, spozierając na jedzeniowych pretendentów, ewidentnie wysyłając im sygnały pod tytułem „ale jesteś frajer!” i „spróbuj tylko podejść, dopiero ci pokażę!”. Codziennie śmialiśmy się w głos. Co gorsze, Phun uwielbia pieszczoty. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby przy okazji nie chciała cię lizać. A jej oddech jest naprawdę straszny. Bezzębna szczęka emituje straszliwy odór i często śmialiśmy się, że grozi nam amputacja stopy albo ręki 😉

Koh Phayam

Piękna, co?

No Name. Kwintesencja nieśmiałości i strachu

O No Name pisałam w poprzednim poście, ale nasza relacja ewoluowała w przeciągu tych kilku tygodni, które spędziliśmy na wyspie i mogę powiedzieć, że udało mi się dotrzeć do tego psa i go rozgryźć. Jego historia jest smutna i niestety nie odbiega od wyspiarskiej średniej. Ot, dziki pies, przeganiany i bity przez wszystkich, który jakoś cudem zdobywał jedzenie. Zaprzyjaźnił się z innym psem i razem stworzyli mini-stado. Tak trafili w okolicę domu Cristiny i zaczęli być przez nią dokarmiani. Pewnego dnia kumpel No Name-a zniknął, a on pozostał. Dobrze się zintegrował i zajął wysokie miejsce w psiej hierarchii, jednak zawsze trzymał się na uboczu.

No właśnie. No Name najdłużej się nas bał. Nie szczekał, nie warczał, tylko nas unikał. Najbezpieczniejsza strategia przetrwania. Nie walcz z ludźmi i nie irytuj ich. Po prostu schodź im z drogi. Zdobycie jego zaufania zajęło mi prawie trzy tygodnie. Czasami po prostu do niego mówiłam. Siadałam na ziemi kilka metrów od miejsca, w którym leżał i nie patrząc w jego kierunku, prowadziłam z nim bujne dialogi. Z czasem mogłam usiąść coraz bliżej, a ostatecznie sam do mnie przyszedł i łapą poprosił o pieszczoty. Każdy pies potrzebuje miłości…

Koh Phayam

Mój faworyt (jeden z kilku!)

Wingi. Pulpet ze złotym sercem

Wingi woli ludzi od psów. To usłyszeliśmy od Cristiny pierwszego dnia kiedy wyjaśniała dlaczego suczka jest odizolowana i mieszka sama na parterze (czyli tam gdzie my mieliśmy mieszkać). Rzeczywiście od razu się zakumplowaliśmy.

Wingi to wulkan energii. Jasne, miłe futro otaczające pulchne ciałko, przypominające średniej wielkości pulpeta. Długi pyszczek, błyszczące czarne oczy i roześmiana paszcza. Uwielbia podawać łapy i dawać brzuszek do drapania. Kocha towarzystwo, czy to ludzi czy psów. Niestety jest bardzo nerwowa i nie do końca rozumie kiedy powinna przestać. Czasami na przykład tak natarczywie zapraszała No Name’a do zabawy (a on ewidentnie nie miał ochoty na harce), że kończyło się na lekkiej pacyfikacji.

Wingi dobrze dogaduje się z chłopakami, ale nie najlepiej z dziewczynami. Szczególna niechęć panuje między nią a trzema sukami mieszkającymi na piętrze. Byliśmy świadkami jak stado szło na Wingi, bo zaatakowały ją suki. Niestety w stadzie panuje prawo silniejszego. Stąd izolacja, a szkoda, bo Wingi to CUDOWNA suczka. Gdyby mogła mieć dom, w którym byłaby jedynym psem, dałaby właścicielowi pokłady miłości nie do przeliczenia. Bardzo zżyliśmy się z Wingi. Spała z nami w pokoju i spędzaliśmy dużo czasu bawiąc się z nią na tarasie. Tęsknimy…

Koh Phayam

Wingi!!!!

Rufus i Wi-Fi

Ten pies od początku zwrócił naszą uwagę. Nie wiemy co się stało, ale prawdopodobnie w walce Rufus stracił jedno ucho. Na początku panicznie bał się Victora, a do mnie podchodził bez większych problemów. Staruszek o sztywnych łapkach, nerwowy i żarłoczny. Bardzo szybko znalazł swoje miejsce w domu, bo potrafi się podporządkować.

Podobnie jak ja w przypadku No Name, tak w przypadku Rufusa Victor potrzebował kilkunastu dni, żeby zaskarbić sobie jego zaufanie. Co strasznego musieli zrobić mu mężczyźni, żeby reagował takim przerażeniem na każdą próbą zbliżenia? Nie chcę nawet myśleć…

Grunt, że Rufus od razu znalazł sobie w stadzie przyjaciółkę, a stała się nią słodka i pieszczotliwa Wi-Fi, która mieszka z Cristiną już blisko dwa lata. Jest psem wyspiarskim i stała się naturalnym nabytkiem. Po prostu mieszkała przy domu, który na początku wynajmowała Cristina. Wi-Fi jest spokojna i normalnie nienarzucająca się chyba, że przyjdzie jej ochota na głaskanie. Wtedy przychodzi do ciebie i drapie cię łapą dopóki nie osiągnie zamierzonego efektu. Czyt. dopóki nie zaczniesz jej głaskać. Małe poświęcenie. I tak, zgadza się. Nazywa się Wi-Fi.

Koh Phayam

Wi-Fi na starej moskitierze, najlepsze łóżko pod słońce. Rufus niestety bał się aparatu…

Mama i Big Ear

Nie wiem czy Mama i Big Ear to rodzeństwa czy matka z synem. Są do siebie podobni i bardzo przywiązani. Big Ear jest jedynym psem, który może tknąć miskę z jedzeniem Mamy. Jest duży i jak imię wskazuje, ma wielkie uszy. Naprawdę wielkie, jak dwie satelity umieszczone na małej głowie. Długo nas nie zauważali. Zajęci sobą i swoim małym światem, jak gdyby nie potrzebowali nikogo innego. Były to jednak oczywiście pozory. Musieli nas poznać i nabrać zaufania. Po kilkunastu dniach domagali się pieszczot i jedzenia. Big Ear, nieufny szczególnie wobec Victora, ostatecznie pozwalał mu się nawet głaskać po brzuchu.

Oscar i Fighsty

Hmmm. Mam dylemat, bo Fighsty to chihuahua, a nigdy nie byłam fanką tej rasy. Oscar natomiast to kundel. To pierworodni naszej gospodyni, którzy przylecieli z nią z Danii. Przekłada się to oczywiście na skrajny stopień rozpuszczenia, który nawet dla mnie był trudny do przełknięcia. Podawanie jedzenia w ceramicznych miskach, w których normalnie jadamy my, specjalna karma, chodzenie po stole, etc. ciężko nadwyrężały moją cierpliwość. Jednak same psy nie są winne i muszę przyznać, że kiedy właścicielki nie było w pobliżu, były całkiem znośne 😉

*nieco pogardliwe określenie obcokrajowca

 Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉
This Post Has 3 Comments
  1. bardzo ciekawy wpis. trochę Wam zazdroszczę tak długiego pobytu na tej wyspie i zadomowienia się tam. to chyba jeden z przyjemniejszych aspektów długiej podróży – zatrzymać się gdzieś i wreszcie trochę pobyć 🙂

    1. Gosia, jak najbardziej, to jeden z ważniejszych aspektów i ogromna zaleta! Kiedy tylko możemy (czyt. pozwalają nam okoliczności finansowe, a przede wszystkim wizowe no i czujemy się w danym miejscu po prostu dobrze), staramy się robić takie przerwy. Zresztą komu jak komu, ale Tobie nie będę opowiadać jak to jest zamieszkać na obczyźnie 😉 W ogóle coraz mniej nas kręci takie lecenie przed siebie. Jedne z najlepszych wspomnień mamy np. z indyjskiego Ladakh, w którym zatrzymaliśmy się na miesiąc. W sumie to żałuję, że nie na dłużej. Pozdrowienia serdeczne!

      1. haha, no tak, ja to już naprawdę się zasiedziałam w jednym miejscu. aż marzy mi się, żeby już ruszyć dalej. a jak w końcu ruszę, to na pewno zasięgnę z Waszego bloga sporo rad. również pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back To Top