skip to Main Content
O Jedzeniu I Nie Tylko – Mlekiem I Miodem Płynąca Kerala

O jedzeniu i nie tylko – mlekiem i miodem płynąca Kerala

Z zimnej i górzystej północy po blisko 40 godzinach w drodze dotarliśmy do magicznej krainy na samym południu. Kerala, bo o tym stanie mowa, znajduje się na południowym krańcu Indii. Jest relatywnie niewielka jak na indyjskie standardy,  a przy tym niesamowicie zielona, żyzna i…. mało indyjska. Ludzie są tutaj wykształceni, pozycja kobiet jest lepsza  w porównaniu z resztą kraju, a poziom życia jest generalnie wyższy. W Kerali po prostu dobrze się żyje. Wszędzie jak okiem sięgnąć rosną zielone gaje – kokosy, mango, bananowce, muszkatołowce, drzewa chlebowca i wiele wiele innych, których nazw nie znamy.

Odnoszę wrażenie, że gdyby rzucić na asfalt kilka nasion jakiejkolwiek rośliny w przeciągu kilku dni wyrosłaby bez żadnego wysiłku. Kerala przypadła nam do gustu od momentu kiedy nasze stopy dotknęły keralskiej ziemi. Nie przestraszyliśmy się monsunów, które zdaniem jednych miały zepsuć nasz pobyt, a zdaniem drugich miały dodać romantyzmu do naszej tułaczki.

Fort Kochi

Pierwszym przystankiem był Ernakulam, stolica stanu, a konkretnie jego niewielka część, Fort Kochi. Wszystko zaskakiwało nas pozytywnie. Miejski, klimatyzowany autobus z lotniska dowiózł nas do Fort Kochi sprawnie i za oficjalną stawkę. Ryksiarze byli mniej nachalni, mieszkańcy szeroko się do nas uśmiechali, ulice były generalnie puste (monsun = zero turystów) a temperatura w porównaniu z Delhi, w którym spędziliśmy kilka godzin, była całkiem znośna (w granicach 30 – 35 stopni). Szybko udało nam się znaleźć przyzwoite lokum z kuchnią za równowartość 9 dolarów amerykańskich i mogliśmy przespacerować się na wybrzeże.

Niekwestionowanym symbolem Fort Kochi są chińskie sieci rybackie. Te ogromne konstrukcje stoją dumnie wzdłuż wybrzeża i nadal służą do połowów ryb i owoców morza, które potem można kupić od rybaków. Ceny zachęcają do zakupów.

Kerala

Leniwe spacerowanie starymi uliczkami Kochi jest przyjemnością samą w sobie. Co chwilę natykamy się na kościoły, stare portugalskie wille i meczety. Historię niemal czuć w powietrzu. Nie bez kozery. W ciągu ostatnich 600 lat Fort Kochi przyciągało poszukiwaczy przygód, awanturników i kupców. Ziemie te należały do Portugalczyków, Holendrów i Anglików. To właśnie tego wybrzeża poszukiwał Krzysztof Kolumb, kiedy przypadkiem dotarł do Ameryki. Pozostałości tej burzliwej przeszłości widoczne są gołym okiem do dziś. Indyjsko-kolonialny miks jest obecny w niemalże każdym zakątku Fort Kochi.

Nasz pobyt w Fort Kochi zdominowany jest naprawą komputera. MacBook odmówił współpracy, więc kursujemy kilkakrotnie między naszym guesthousem a serwisem jabłkowej firmy (godzina autobusem), niestety bezowocnie. Robimy mało zdjęć, bo głowy mamy zajęte technologicznymi problemami. Niestety.

Zielono mi!

Wracając do Fort Kochi, to nie przeszłość robi na mnie największe wrażenie. Dużo bardziej zachwyca otaczająca mnie zieleń. Mam wrażenie, że napiera na mnie ze wszystkich stron. Palmy są tak obciążone dojrzałymi kokosami, że boję się, iż wszystkie spadną na raz i będziemy mieli istny kokosowy potop. Przy każdym domu drzewa uginają się od bananowych kiści i dużych mango (to ostatni gatunek dojrzewający w tym sezonie – naprawdę duży). Jadąc na wschód z rozdziawionymi szczękami przyklejamy nosy do okna, żeby dojrzeć ogromne owoce chlebowca (odmiana jackfruit).

Malabarska kuchnia

Co ciekawe, Kerala demokratycznie wybrała komunistyczny rząd, a na ulicach często zobaczyć można rysunki sierpa i młota. Choć większość mieszkańców to wyznawcy hinduizmu, liczba katolików i muzułmanów jest bardzo wysoka. Mieszkańcy porozumiewają się nie w hindi, lecz w malabar, języku mieszkańców Wybrzeża Malabarskiego, krainy ciągnącej się od Goa do przylądka Komoryn na samym południu Indii. Ich kuchnia i zwyczaje różnią się znacznie od tych, które mieliśmy okazję obserwować w północnych Indiach.

Mamy szczęście, nasi przyjaciele, których poznaliśmy na północy Indii, postanawiają pokazać nam kawałek Kerali. Poza wizytą w ich rodzinnym mieście (o którym napiszę w osobnym wpisie), Austin, Sandeep i James ukazują nam inne oblicze Ernakulam. Trafiamy do niewielkiej knajpki na tyłach najważniejszej handlowej ulicy (Broadway Street), w której serwuje się tradycyjne przekąski i niewielkie dania z północy Kerali. To kuchnia malabar. Wszystko jest mocno przyprawione i pikantne, warzywne i mięsne pierożki, rybne curry, mięsne i rybne ostre pulpety, jajka w zupełnie nowej postacie – serwowane jako delikatna, choć dość elastyczna galaretka (białko i żółtko osobno).

Dla mnie hitem są desery – ich głównym składnikiem są oczywiście kokos i banan. Szczególnie przypadają mi do gustu lekko gumowate żółte naleśniki wypełnione słodkim miąższem kokosa z dodatkiem rodzynek. Doskonały jest też kokosowy pudding gotowany na parze w liściu bananowca, a także smażony, rozpływający się banan. Popularnym elementem keralskich słodkości jest jaggery, czyli gęsty i słodki syrop z trzciny cukrowej. Jaggery powstaje z powolnego odparowania soku z trzciny. Jest słodki o lekko karmelowym posmaku. Pyszny! Na deser po deserze (tak tak! W Kerali je się non-stop) próbujemy soku z niedojrzałego, zielonego mango. Lekko osolony, niesamowicie gasi pragnienie, a jego smak jest dość szczególny. Zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu, ja pochłonęłam cały kubek od razu. Bardzo mi smakował.

Kokosowe piwo

Po obżarstwie w centrum jedziemy do rzecznych rozlewisk, z których słynie Kerala. Choć najpopularniejsze są te w Allepey i Kollam, Ernakulam również ma ich rozległą sieć. Trafiamy do powszechnie znanego wśród mieszkańców Toddy Baru. Ukryty wśród niewielkich kanałów, doskonale broni się przed przypadkowymi gośćmi. To miejsce magiczne, z dwóch stron otoczone wodą, zarośnięte palmami, składa się z kilka stołów i krzeseł.

Gwoździem programu jest produkowany na miejscu Toddy, czyli świeżo fermentowany alkohol z kokosa. Zero sztucznych barwników, polepszaczy smaku czy innych e-ileś tam. Esencja z kokosa, wysączana codziennie prosto z drzew, a następnie poddana zaledwie kilkugodzinnej fermentacji. Serwowana tego samego dnia. Smak? Świeży, rześki, naturalny. Pyszny! A przy tym niewielka zawartość alkoholu – akurat tyle, żeby zrobiło się wesoło. Nasi towarzysze zamawiają cały szereg tzw. touchings, czyli małych przekąsek, oczywiście w stylu malabar. Pikantny krab, ostre krewetkowe curry, rozpływająca się w ustach kaczka i aromatyczna soczewica. Wszystko jest pyszne i… bardzo ostre! Moje usta płoną, ale nie mogę przestać podjadać świeżutkich krewetek. 

Na koniec wieczoru jedziemy na niewielką plażę, ale nagły deszcz zmusza nas do ucieczki. Kolejny deser – tym razem w postaci brownie i bananowej tarty w towarzystwie kawy z (a jakże) mlekiem kokosowym i jaggery skonsumowany w niewielkiej galerii w Fort Kochi jest dopełnieniem idealnego popołudnia i wieczoru.

Austin, Sandeep and James – THANK YOU for this magical day!


Pocztówka


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »
Back To Top