skip to Main Content
Magia Varanasi

Magia Varanasi

print

Varanasi przyciąga jak magnes, zarówno hindusów, jak i turystów zagranicznych. Skąd bierze się ta magia? Z brązowych, wręcz gęstych od brudu wód Gangesu? Wszędzie obecnego smrodu? Wąskich uliczek, przez które trzeba się przemykać między pędzącymi skuterami, żebrakami, naciągaczami i pokaźnych rozmiarów krowami, uważając, żeby krowi placek nie wylądował na naszych nogach? Nie, chyba magia nie pochodzi stąd. Choć bez wątpienia ta mieszanina dodaje kolorytu. Zatem skąd ta magia Varanasi? Dla mnie to naga i odarta z fałszu przekorna gra życia i śmierci, którą może oglądać każdy. Oczywiście odarta z fałszu, nie oznacza, że pozbawiona hipokryzji. Na naszych oczach w jednym miejscu kończy się jedno życie i zaczyna drugie, a to wszystko za odpowiednią ceną można oglądać na własne oczy. Zapraszam do Varanasi.

Śmierć nad Gangesem

Varanasi jest jednym z najstarszych zamieszkałych miast na ziemi, a także jednym z siedmiu świętych miast dla wyznawców hinduizmu. Strategicznym miejscem są ghaty, czyli schody prowadzące nad Ganges. Jest wiele ghatów i każdy pełni swoją funkcję. Pielgrzymi z całego kraju przybywają do Varanasi, żeby w wodach Gangesu zmyć wszystkie swoje grzechy. Inni przybywają tutaj, aby umrzeć. Śmierć na brzegu Gangesu ma uwolnić duszę od reinkarnacji, czyli ciągłego cyklu życia i śmierci. Równie pożądana jest kremacja. Rodziny przybywają z ciałami swoich bliskich, aby na specjalnie zbudowanych stosach spalić zmarłych, a następnie prochy rozsypać nad wodami rzeki. Jednym z ghatów, gdzie odbywają się kremacje, jest ghat Manikarnika. Już z daleka widać płomienie, a dookoła stosy drewna, czekające na swoją kolej. Codziennie kremuje się co najmniej kilkadziesiąt ciał. W ceremonii uczestniczą tylko mężczyżni, a wszystkiego doglądają członkowie kasty nietykalnych. Nie tylko podczas tego obrządku, ale także podczas tradycyjnych pogrzebów, wyłącznie nietykalni mają prawo dotykać zmarłego. Czujemy się niezręcznie przebywając w pobliżu płonących stosów. Razi nas, że jest to publiczna ceremonia, całkowita odarta z intymności i prywatności. Jednocześnie jednak jest coś przyciągającego w płomieniach iskrzących na tle rzeki, w której kąpią się dzieci. Ten kontrast między pluskającymi się maluchami i płonącym ciałem robi ogromne wrażenie. Oczywiście Indie nie byłyby Indiami gdyby z ceremonii nie próbowanoby zrobić małego biznesu. Każdy przechodzący obok turysta jest ostrzegany, że robienie zdjęć jest zabronione. Po chwili jednak szeptem dodawane jest: „ale za niewielką opłatą wprowadzimy cię na taras, z którego będziesz mógł zrobić doskonałe zdjęcia”. A to wszystko dla dobra rodziny zmarłego – opłacając bilet wstępu na spektakl dokładamy się do drewna, które wykorzystane będzie do zbudowania stosu. To nic, że pieniądze wędrują prosto do kieszeni naganiacza, a rodziny nie ma nawet na horyzoncie. Jakoś nie byliśmy w stanie przyglądać się płonącym ciałom. Dym i hipokryzja gryzły nas w oczy i czuliśmy się nie na miejscu.

Varanasi o świecie i o zmierzchu

O ile rytuał pogrzebowy odbywa się przez cały dzień, tak ceremonie dziękczynne przeprowadzane są o świcie i o zmierzchu. Najbardziej znana jest wieczorna pudźa odprawiana przy ghacie Dasaswamedh. Niezwykle przystojni mężczyźni przy dźwiękach bębna i dzwoneczków odprawiają barwny rytuał dziękczynno – ofiarny ku czci najważniejszej bogini w panteonie hinduizmu – bogini Ganga.

Dla nas jednak kontrowersyjna magia Varanasi objawiła się o świcie. Dotarliśmy nad rzekę kiedy słońce było jeszcze za horyzontem, na brzegu Gangesu zaś wszystko budziło się do życia. Mężczyźni śpiący na łodziach obmywali się w wodach rzeki, przygotowując się do pracy – już po chwili namolnie oferowali również i nam godzinne wycieczki swoimi łodziami. Ludzie mieszkający na ulicy, również na schodach ghatów leniwie przeciągali się obudzeni pierwszymi płomieniami gorącego słońca. Starsze kobiety zamiatały schody, młodsze robiły codzienną przepierkę w mętnych wodach Gangesu. Niektórzy brali mydło i ręcznik i kąpali się w rzece, a inni odprawiali poranną pudźę, ofiarując rzece kwiaty i świece, obmywając ciało świętą wodą. W innej części nabrzeża miała miejsce nauka pływania – młode dziewczęta i chłopcy kurczowo trzymali się pustych plastikowych kanistrów, rytmicznie uderzając nogami w wodę. Kawałek dalej inni chłopcy szorowali ciała krów kąpiących się w rzece. Niektórzy medytowali, inni śmiali się w głos. A między nimi wszystkimi dogorywał starszy mężczyzna. Jego niesamowicie wychudzone ciało targane było konwulsjami. Zastanawialiśmy się czy nie powinniśmy wołać o pomoc, ale na migi pokazano nam, że on chce umrzeć właśnie tutaj. Dla nas – emocjonalna huśtawka na najwyższym poziomie, dla innych – zwykła codzienność.

Varanasi pozostanie dla nas wielką zagadką. Nasze racjonalne umysły nie są w stanie pojąć jak w jednym miejscu odbywać się może ceremonia pogrzebowa, rytualna kremacja zwłok kiedy pięć metrów dalej w wodzie bawią się dzieci, gdzie po chwili rozsypywane są prochy i niespalone fragmenty zwłok. Ta mieszanka duchowości i codzienności z jednej strony przeraża, a z drugiej fascynuje. W naszych politycznie poprawnych głowach nie mieści się, że mieszkańcy Varanasi z duchowych obrzędów próbują zrobić biznes, lecz kim jesteśmy, żeby ich osądzać? Przyjeżdżamy oglądać ten spektakl, a jednocześnie obruszamy się na hipokryzję. Wielu z nas płaci, żeby drogim telezoomem dostrzec fragment spalanych zwłok. Kto jest zatem hipokrytą?

To co razi w Varanasi to brud i wszechobecny smród. Fekalia spływają bezpośrednio do rzeki, a wąskie uliczki starówki pełne są rozkładających się śmieci i krowich placków. Trudno uciec od odoru, pozostaje więc się do niego przyzwyczaić. A jednak chodzimy po tych uliczkach, choć upał jest nie do zniesienia. Przyglądamy się mieszkańcom, kobietom ubranym w piękne kolorowe sari i mężczyznom, którzy wpatrują się w nas bez najmniejszego skrępowania. Indie uczą cierpliwości, a Varanasi skłania do refleksji. Chociaż dlatego warto tu przyjechać.


Spodobał Ci się ten post? Puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij. Możesz nas również śledzić na instagramie

A może chcesz się zapisać do naszego newslettera? Co miesiąc w Twojej skrzynce nowości, rady i aktualności blogowe. 

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back To Top