skip to Main Content
Meros B&B

Chiwa: „przyjedź i zobacz zanim będzie za późno”, radzi Jaloladdin…

Chiwa to małe miasto z wielką historią. Położone na szlakach handlowych i między strefami wpływów. To miejsce skrajnych temperatur, pyłu i piachu. Pośrodku pustyni, daleko od „cywilizacji”. A jednak to tutaj zachowały się budynki sprzed pięciuset, a nawet siedmiuset lat. To tutaj sięgało Imperium Chorezmijskie, którego stolicą był leżący nieopodal Urgencz. To tutaj wreszcie rozwijała się algebra i geometria. 

Upał i mróz

Dzisiaj, patrząc na budynki Iczan Kala, czyli starego miasta i czując palące słońce na skórze, łatwiej mi zrozumieć dlatego zabudowa z wypalanej gliny przegrała z przyrodą. Srogie zimy i niezwykle upalne miesiące letnie, roczne amplitudy rzędu 50 – 70 stopni… Gdyby nie pieczołowita praca konserwatorów i artystów, dzisiaj zamiast ślicznej i klimatycznej starówki, dookoła miałabym albo nowoczesne miasto albo ruiny. 

Do Chiwy przyjeżdża się wiosną i jesienią kiedy słońce praży, ale nie pali skóry. Wtedy też turystów jest najwięcej a właściciel rodzinnego hoteliku Meros B&B notuje największe zyski. Rezerwacji trzeba dokonywać z wyprzedzeniem. W listopadzie jest spokojniej, ale potrafi być już zimno. Czerwiec to z kolei początek upałów, a zarazem końcówka sezonu. Nasz pobyt w Meros B&B przypada właśnie na początek czerwca – prawie zamknięcie letniego sezonu 2019 r. 

Jiva

Meros B&B, czyli spojrzenie od środka

Meros B&B figuruje w Lonely Planet, w internetach ma doskonałe opinie. Miejsce – legenda w Chiwie. Jeden z pierwszych rodzinnych guesthousów. Zaskakuje nas, że właściciel to młody mężczyzna. Spodziewaliśmy się kogoś bardziej sędziwego. Spędzamy razem sporo czasu rozmawiając i pijąc herbatę. Jaloladdin opowiada nam o swoim guesthousie, o Chiwie i o zmianach:

„Kiedy byłem mały, czasami podglądałem mojego tatę podczas pracy, ale nie tutaj w hotelu, ale na starówce… Ten hotel to jego dzieło, ja tylko kontynuuję jego marzenie. Choć jego powołaniem i prawdziwą pasją była renowacja. Ten hotel powstał trochę jako produkt uboczny, małe marzenie, które kiedyś pojawiło się w jego głowie. Mój ojciec prawie całe życie poświęcił pracom restauratorskim na terenie Chiwy. Jego zespół dokonywał rzeczy niemożliwych dopóki były pieniądze i chęci.


Nasze wrażenia z Chiwy spisane na bieżąco, znajdziesz tutaj – klik. Znajdziesz tam m.in. garść informacji praktycznych.


Budynek, w którym znajduje się hotel powstał jako normalny dom. Mój ojciec zaczął go budować w 1990 roku, a przeprowadziliśmy się tutaj w 1994 roku. Na początku było tu tylko kilka pokoi dla naszej rodziny. Nikt nie myślał o przekształceniu naszego domu w hotel. Turystów też zresztą nie było wtedy za wielu. Na co komu hotel?

Dobrze nam się tutaj mieszkało. Tata miał blisko do pracy, a ja z bratem mogłem go podglądać. Mój ojciec pracował wtedy jako restaurator. Rekonstruował fragmenty medres i innych budynków na starówce. Balkony, drzwi, ściany. Praca wymagająca precyzji, a on był znany z dokładności. Tak. Potrzebny był czas i zamiłowanie do szczegółów, cierpliwość. A także miłość do tradycji. A tego jest dużo w mojej rodzinie.” 

Jaloladdin cierpliwie tłumaczy zawiłości poprawnej restauracji. Restaurowanie wnętrz jest bowiem dużo trudniejsze od zwykłej odbudowy. Nie ma miejsca na półśrodki. Najłatwiej oczywiście byłoby zburzyć budynek w ruinie, a następnie postawić go od nowa trzymając się stylu. Ale nie byłoby to to samo. Prawdziwa sztuka to renowacja. Naprawa tego, co zniszczył czas. Podobno jako pierwsi zainteresowali się restauracją starych budynków Rosjanie, a w 1990 roku Chiwa została wpisana na listę UNESCO i przez kilkanaście lat prace restauratorskie szły pełną parą. To właśnie wtedy ojciec Jaloladdina wraz z zespołem pracowali jak szaleni. 

„Mój ojciec zawsze skrycie marzył o hotelu. Kto jednak w latach dziewięćdziesiątych miał do tego głowę? Nie mieliśmy pojęcia jak się do tego zabrać. Jak zwykle wszystko zależy od zbiegu okoliczności… Pewnego dnia przyjaciel mojego ojca przyprowadził do domu znajomego Anglika. Facet szukał noclegu. Pracował w organizacji pomocowej i regularnie przyjeżdżał do Chiwy. Stał się naszym pierwszym gościem, a potem przyjacielem. To on zaczął namawiać mojego ojca, żeby z naszego domu zrobić mały guesthouse. Podsuwał pomysły, pomagał. Czasami wystarczy iskra i pomocna dłoń, która poprowadzi, pokaże co i jak. A potem już leci…

Tak się zaczęło. W 2002 roku otworzyliśmy Meros B & B jako maleńki rodzinny guesthouse z dwoma pokojami. Od początku przywiązywaliśmy dużą wagę do detali. To chyba przyszło w genach. Miłość do piękna, tradycji i szczegółów. W końcu zarówno mój dziadek jak i ojciec całe życie spędzili restaurując naszą starówkę.

Teraz mamy siedem pokoi. Wszystkie z łazienką, niektóre z tarasem. Najbardziej dumni jesteśmy jednak z naszych sufitów.” 

Rzeczywiście po wejściu do Meros pierwsze na co zwracamy uwagę to sufity. Ręcznie malowane dekorują każde z pomieszczeń, nawet tarasy. Warto zadrzeć wysoko głowę albo po prostu położyć się na łóżku i przez kilka minut dokładnie obejrzeć malowidła. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak kalka. Powtarzające się motywy, przekopiowane, naszkicowane ołówkiem, a potem pokolorowane. Dopiero po głębszej analizie widać, że nie ma tu miejsca na kopiowanie i ślepe powtarzanie. To sztuka. Wszystko powstało ręką artysty. Tu i ówdzie widoczne są drobne błędy, idealna symetria zawodzi, a może właśnie takie było zamierzenie? 

Jaloladdin kontynuuje:

„Każdy z sufitów to duża inwestycja i oczywiście ręczna robota. Wykonanie jednego mniejszego sufitu to około półtora miesiąca pracy. Te na tarasach to ponad dwa miesiące, podobnie jak sufit w świetlicy. Do tej pory malowaliśmy jeden pokój na rok. Zawsze zimą kiedy zamykamy hotel. Stopniowo.

Jiva

Problem polega na tym, że jest coraz mniej artystów chcących wykonywać pracę w tradycyjny sposób. Tradycyjna sztuka zanika. 

Mój ojciec zmarł rok temu, ale zrezygnował z pracy jako restaurator kilka lat wcześniej. Było dla niego coraz mniej pracy. Choć przez lata był szefem grupy restauratorów, dzisiaj nikt z jego ekipy nie pracuje w zawodzie. Zamiast trudnej i powolnej renowacji szuka się szybkich i tanich efektów. Czy nie łatwiej położyć nową błękitną glazurowaną płytkę niż naprawić tą, która zdobiła minaret przez ostatnie pięćset lat? Smutne, ale prawdziwe… Łatwiej zburzyć i zbudować od nowa i nie ma znaczenia, że znika nasza historia i tradycja. 

UNESCO? Tak, czasami się buntuje, ale bardziej zajmuje ich inny problem. Od niedawna znacznie uproszczono proces wydawania licencji na otwieranie małych rodzinnych guesthousów. Jaki był tego efekt? Ano mieszkańcy na potęgę burzą swoje domy i stawiają nowe i większe. Takie, żeby można było wydzielić kilka pokoi dla turystów. Powoduje to, że zanika również tradycyjna zabudowa wewnątrz murów. Styl niby pozostaje podobny, ale powstają NOWE domy. Oczywiście poprawia się sytuacja ekonomiczna mieszkańców, więc temat jest delikatny. No bo przecież nie możemy bronić innym tego, co sami mamy… I dlatego UNESCO jest między młotem a kowadłem. Niby walczy o zachowanie dziedzictwa, ale trochę nie wie za co się złapać. „Pseudo” renowacją, czyli zastąpieniem pękniętej kilkuset letniej płytki nową czy wyburzanymi domami? 

Jiva

Z drugiej strony teraz życie jest łatwiejsze. Mamy stację kolejową. Zniesiono wizy dla wielu krajów i dzięki temu także do Chiwy przyjeżdża więcej turystów. Zmieniono też wysokość podatku turystycznego. Jeszcze rok temu wszyscy płaciliśmy tyle samo – hotele pięciogwiazdkowe i maleńkie guesthousy jak nasz. Bywały miesiące kiedy podatki pochłaniały 70% naszych zysków. Teraz wprowadzono nowy system i wysokość podatku zależy od kategorii hotelu i ilości pokoi. A to pozwala nam na większe zyski i inwestycje. 

Jestem bardzo dumny, że jestem z Chiwy. Ja, moi rodzice i dziadkowie. To nasze miasto. Dobrze nam się tutaj żyje. Mamy dobrze prosperujący hotel i dom poza Iczan Kala. Szkoda tylko, że nie możemy odwiedzić krewnych w Turkmenistanie. Są zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od nas a nie możemy się zobaczyć. Kilka lat temu mieliśmy specjalne pozwolenia i mogliśmy przekroczyć granicę. Co prawda nie mogliśmy wyjechać poza wydzieloną strefę przygraniczną, ale nie miało to znaczenia, bo nasi krewni mieszkają blisko. Teraz ani oni nie mogą nas odwiedzić ani my ich. Tak, niby blisko, a jednak daleko. Namówcie innych, żeby odwiedzili Chiwę zanim nie będzie tu żadnego naprawdę starego budynku…”

Namawiamy zatem… Odwiedźcie Chiwę. Wiemy, że jest trochę nie po drodze. Że nie ma monumentalnych budynków Samarkandy, ani nie cieszy się sławą Buchary. Ale ma duszę i uliczki tak śliczne, że można nimi spacerować godzinami. A jeśli przyjedziecie do Chiwy, spróbujcie zatrzymać się w Meros B&B. Warto. 

Meros B&B

Meros B&B

Meros B&B

 Bądźmy w kontakcie!

  • Obserwuj nas na Facebooku: Kasia & Víctor przez świat
  • Zajrzyj na naszego Instagrama. Na stories możesz zobaczyć gdzie jesteśmy i co porabiamy.
  • Zapisz się do naszego newslettera. Raz w miesiącu otrzymasz od nas maila z radami i aktualnościami blogowymi.

Jeśli lubisz to, co robimy i spodobał ci się ten post, puść go dalej w świat – naciśnij kolorowy przycisk poniżej i udostępnij (będziemy ogromnie wdzięczni). Wesprzyj nas komentarzem, lajkiem. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy!

The following two tabs change content below.

Kasia

Z zamiłowania kucharka (chyba jeszcze bardziej chlebowa „piekarka”) i miłośniczka wszelkiej maści kotów i psów. Z zawodu iberystka i socjolog. Do niedawna pracownik korporacji z akademickim zacięciem. Graficzne i plastyczne antytalencie, które całkiem łatwo przyswaja języki obce i nawiązuje kontakty z innymi osobnikami. Otwarta, gadatliwa, a czasem nadaktywna. Szybko wpada w zły humor, kiedy jest głodna 😉

This Post Has 0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Back To Top
Translate »